Informacje o projekcie  |  Informacje o uczestnikach projektu  |  Aktualności  |  Sponsorzy  |  Kontakt  | 
         

search szukaj
 

Relacja Wojciecha Prośniewskiego


                                                                           NASZ EXODUS

     Wybuch Powstania nie był dla mnie niespodzianką, mimo moich ówcześnie skończonych 11 lat. Przez całą okupację odbywały się w naszym domu konspiracyjne zebrania i szkolenia, których nie dało się przede mną ukryć. Wiedziałem, że moja najstarsza siostra jest harcerką, miałem nie jeden raz w ręku „bibułę", przeczytałem też pierwsze wydanie „Kamieni na szaniec".
     W domu oficera, ochotnika wojny 1920 roku, taka znajomość rzeczy nie była czymś wyjątkowym, a rozwój świadomości w czasach okupacji postępował o wiele szybciej niż w czasach pokoju.
     Kiedy usłyszeliśmy z mamą pierwsze strzały wiedzieliśmy, że to już. Zresztą, jak się potem okazało, mama znała datę nieco wcześniej. Wybiegłem na podwórko. W bramie stało sporo mieszkańców naszej kamienicy, na Chłodnej był jeszcze spokój. Z otwartego na piętrze okna rozległy się tony granego na pianinie hymnu. Ludzie spontanicznie zaczęli śpiewać: „Jeszcze Polska nie zginęła"... W jednym z okien pojawiła się biało-czerwona. Entuzjazm, łzy w oczach. Nareszcie będziemy wolni!  Wieczorem, jak zwykle, gromadzimy się przed naszą podwórkową kapliczką odmawiając pacierz i intonując litanie. I tak się skończył pierwszy, szczęśliwy dzień.
      Początkowo noce spędzaliśmy w mieszkaniu na czwartym piętrze, jeszcze nie było zagrożenia lotniczego. Nad nami był tylko dach. W ciągu dnia, co pewien czas dochodziły z góry jakieś odgłosy. Mama zawiadomiła powstańców. Po dwukrotnym przeszukaniu dachu okazało się, że to byli gołębiarze.
      Kolejne dni nie były już tak beztroskie, choć nadziei nie brakowało. Mieszkający w naszym domu, pod 39. lekarz utworzył wraz z innymi lokatorami w pomieszczeniach magla punkt sanitarny. Miałem nadzieję, że pozwolą mi zostać sanitariuszem. Niestety, nie pozwolono. Na razie mogłem wyładować swoją aktywność przy pomocy w budowaniu barykady przy skrzyżowaniu z ul. Wronią. O „naszej" barykadzie pisała nawet powstańcza prasa. Zbudowana w oparciu o przewrócony tramwaj i słup ogłoszeniowy wydawała się być bardzo silnym umocnieniem. Okazało się potem, że dla czołgów  nie stanowiła wielkiej przeszkody.
      Było coraz więcej rannych, głównie osób cywilnych. Z dnia na dzień robiło się coraz goręcej, i to nie z racji upalnego sierpnia. Zobaczyłem pierwszych zabitych, na razie jeszcze z daleka, przybywali pierwsi ranni. Zaczęły się bezkarne rajdy nurkujących ze strasznym wyciem sztukasów. Pewnego dnia zasypał nas siedzących w piwnicy gęsty, ceglano-betonowy pył. Żeby jakoś oddychać mama zakryła sobie i mnie twarz mokrą ściereczką. Prawdopodobnie to wtedy rozwalony został budynek na rogu Walicowa [ul. Waliców] włącznie ze znajdującymi w nim szkopami. Tygrysy ostrzeliwały  nas z coraz bliższego dystansu. Jeden z bezpośrednich ataków został z sukcesem odparty. Dumni byliśmy z mamą, ponieważ nasi chłopcy usadowili się na naszym balkonie, mając świetne stanowiska strzeleckie. Mieszkaliśmy na czwartym piętrze, a balkon był wysunięty głęboko nad ulicę, miał mocną, betonową obudowę, w której znajdowały się okrągłe otwory przez które można było prowadzić bezpieczny i skuteczny ostrzał. Niestety, wycofujący się tygrys odwrócił wieżyczkę i oddał strzał nie trafiając w nasz balkon, a piętro niżej, rozwalając sąsiadowi salon. Jeszcze nie wiedzieliśmy, że i tak wszystko będzie obrócone w perzynę. Nasza Chłodna odnosi coraz większe rany. To już nie jest obraz pierwszego dnia. Rozwalone domy, ulice pokryte szkłem i gruzem.                          
      Pewnego dnia wpada odwiedzić nas narzeczony Danusi, mojej najstarszej siostry, Staszek Mambort, który walczy w batalionie „Kiliński". Ma pseudonim „Stator". Potwornie umęczony po chwili rozmowy zasypia. U boku, w kaburze, ma parabelkę. Chcę choć jej dotknąć , ale mimo zmęczenia Staszek jest tak czujny, że natychmiast się budzi. Rozładowuje pistolet i podaje mi go. Mam prawdziwą broń po raz drugi w życiu. Pierwszy raz dał mi do ręki swój służbowy pistolet mój ojciec, marzący, żeby jak dorosnę , oddać mnie do szkoły kadetów. Wojna rozłączyła nas i zmieniła plany.
      Coraz częściej zaczęli pojawiać się u nas uchodźcy z Ochoty i Woli opowiadający o strasznych zbrodniach na ludności cywilnej, na kobietach i dzieciach, dokonywanych głównie - jak to się wówczas mówiło - przez Ukraińców. Dopiero potem okazało się, że to były oddziały dowodzone przez zbrodniarza Kamińskiego, składające się z różnych wschodnich nacji, a także krwawa brygada Dirlewangera. Codziennością stały się masowe mordy, gwałty, okrutne morderstwa dzieci, kobiet w ciąży, niemowląt i palenie żywcem. Wówczas było nam trudno w to uwierzyć, Ale te same relacje powtarzały się zbyt często, by sądzić, że to tylko zmyślenia. Mając jedenaście lat szybko zacząłem dorastać.    
     6. sierpnia o szóstej rano wpadli do nas akowcy z wiadomością, że opuszczają placówkę, trzeba czym prędzej uciekać. Niemcy przebijają się na zachód, do Ogrodu Saskiego, dochodzą już do Wroniej. Nie czekaliśmy z mamą ani chwili. Już tylko z mamą, z którą byliśmy do końca, ponieważ ojciec zginął w 1939 roku, zaś najstarsza siostra została aresztowana 19. stycznia 1944 roku. Jak się potem okazało, nie dożyła Powstania, została rozstrzelana już w lutym. Natomiast średnia siostra przeżyła szczęśliwie czas Powstania na wakacjach pod Warszawą. Ja wróciłem z wakacji na własną prośbę, na trzy dni przed Powstaniem, ponieważ w okolice Otrębus, gdzie przebywałem, Niemcy zaczęli zwozić zapasy amunicji i uważaliśmy, że może być niebezpiecznie. I dobrze się stało, bo inaczej mama moja byłaby w czasie walk powstańczych skazana na samotność i nie wiadomo, jak by to przeżyła. I właśnie tego dnia, 6. sierpnia 1944 rozpoczął się nasz exodus.
      Wykutymi wcześniej otworami łączącymi piwnice uciekamy w kierunku Krochmalnej, do rogu Żelaznej. Tam jednak kończą się zabudowania, kończą się więc zbawienne piwnice. Koniec ze względnym bezpieczeństwem. Trzeba wyjść na ulicę. Trwa koszmarny nalot sztukasów zrzucających całe ładunki bomb zapalających. Nie można chronić się przy ścianach budynków, bo stoją one w ogniu. Żelazna staje się płonącym wąwozem. Pali się asfalt. Biegniemy środkiem jezdni wraz z innymi ludźmi. Na ulicę spadają fragmenty dachów.   Niemieccy lotnicy robią sobie zabawę strzelając bezpośrednio do nas, bezbronnych ludzi. W końcu szczęśliwie docieramy na Mariańską. Jest już częściowo zdruzgotana. Wujostwa już nie ma. Też musieli opuścić swój dom. Co dalej? Mama podejmuje decyzję. Niedaleko stąd jest ulica Zielna, a na niej Dom Radia, wysoki, solidny budynek dający nadzieję bezpieczeństwa. Docieramy do niego szczęśliwie. Sadowimy się w piwnicach, załadowanych już przez uchodźców z zachodnich dzielnic. Ale przetrwamy tam tylko 3 dni. Podobno słychać jakieś odgłosy kucia, ponoć do Niemcy chcą wysadzić w powietrze „nasz" dom. Plotka goni plotkę, ale pewności nie ma. I tym razem moja przewodniczka, mama, decyduje, żeby uciekać dalej. Tym razem celem naszego pielgrzymowania jest równie solidny budynek, kino Palladium na Złotej. Jedynym problemem jest przedostanie się na drugą stronę Marszałkowskiej. Szwaby mają pod obserwacją całą ulicę i walą do wszystkiego, co się rusza.
      Barykada pod ochroną której mamy przebiec na drugą stronę jest dość niska. Trzeba będzie mocno się pochylić. Ta Marszałkowska zrobiła się nagle bardzo szeroka. Pamiętam jeszcze sprzed wojny, jakie tu były zabawne reklamy. Jakiś kędzierzawy murzynek coś zachwalał, bardzo mi się to podobało. Ale kiedy to było! Tymczasem trzeba wybrać właściwy moment na przeskok. Tylko który to będzie? Ktoś z grupki ludzi oczekujących  na przeskok, startuje. Słychać serię z kaemu. Po odskakujących kawałkach płyt chodnikowych, z których między innymi skonstruowana jest barykada widać jak skutecznie będzie nas chronić. Udało się! Teraz my. Mama robi znak krzyża świętego, widzę jak porusza ustami. Bezgłośnie się modli. Teraz! Wyskakuję pod barykadę, niełatwo biec tak pochylonym. Kiedy dobiegam na drugą stronę, zdaję sobie sprawę, że z wrażenia nawet nie słyszałem, czy strzelają za mną. Po chwili padamy sobie w objęcia. Mama tuli mnie, cała szczęśliwa.
     Jesteśmy w innym świecie. Ta część miasta jest jak raj. Nawet w oknach są szyby. Można spacerkiem iść do kina „Palladium" przed nami. Schodzimy w podziemia, a tam mnóstwo takich jak my, bezdomnych. Jest tu też jakaś jednostka A.K. Nastrój wspaniały. Chłopcy grają na pianinie i śpiewają patriotyczne pieśni. Mama organizuje jakieś krzesła, zestawia je razem, kładzie na nie warstwy falistej tektury. To będzie nasze łoże. Na jak długo? Widzę, jak ludzie zajmują się iskaniem wszy. Wkrótce i my zaczynamy z nimi walczyć. Są we włosach, w ubraniu. Jest za to spokój. Jak się wkrótce okaże, na razie.
      Powoli adaptujemy się do życia w obcym miejscu. Mama często się gdzieś urywa, pomaga przy odgruzowywaniu, innym razem pomaga w szpitalu, zabiega o jakieś jedzenie. Ja też nie mogę usiedzieć, ciągnie mnie do starszych chłopców roznoszących gazetki. Wkrótce akceptują mnie i przez jakiś czas roznoszę je codziennie razem z nimi. Pewnego dnia jeden z mych kolegów ginie na moich oczach, kilka kroków ode mnie. To było bardzo trudne przeżycie. Jednak na prawdziwą walkę jestem za „szczeniak". Chciałbym być łącznikiem, ale mama absolutnie się nie zgadza. Szukam poparcia podczas spowiedzi, ale nie znajduję go u księdza. Gdy dowiaduje się że jesteśmy z mamą tylko we dwoje, poleca mi się opiekować nią. Pewnego dnia udaje mi się wkręcić na seans powstańczych kronik filmowych. Oglądam,  jak niszczeje Warszawa . To już znam z autopsji, Oglądam jak dzielnie walczą nasi chłopcy. Niestety, urodziłem się trochę za późno, żeby być wśród nich. Innego dnia w kawiarni obok koncertuje Mieczysław Fogg. Ale tu już mnie nie wpuszczają. I to były jedyne chwile z innego wymiaru.  Już nie słychać ani Fogga, ani patriotycznych pieśni, jedynie „ryczące krowy", wycie nurkujących sztukasów, grzmoty artylerii i terkot broni maszynowej. Powoli Niemcy zaczynają dobierać się i do naszej dzielnicy. Coraz więcej ruin i pożarów. Już nie można tak bezkarnie poruszać się po ulicach. Nawet na  pobliskie ulice Jasną, czy Boduena, chodzi się już po gruzach. Na stopniach domu „Pod Orłem" leżą pokotem przykryte zwłoki poległych. Zaczyna płonąć „Palladium". Ustawia się wąż ludzi podających wiaderka z wodą. Po godzinie czuję już zmęczenie. Przyprowadzają niemieckich jeńców. To krzepiący widok. Niektórzy z nich mają popalone twarze. Zostali zbombardowani przez własnych lotników. Gasimy też PKO.  Wraz z innymi ludźmi ratujemy czyjś dobytek. Wynosimy z gorących już piwnic jakieś bele materiałów. Właściwie po co to komu? I tak wszystko zostanie stracone. Ale wówczas jeszcze tego nie wiedzieliśmy, jeszcze tliła się  nadzieja. Pewnej nocy gasimy inny pożar. Buchające płomienie stwarzają żar nie do wytrzymania a gęsty, gryzący dym nie pozwala oddychać. W dodatku gdzieś w pobliżu został rozwalony chyba jakiś skład win. Jego słodki zapach miesza się ze spalenizną i trupim odorem wydobywającym się spod gruzów. Do kina przychodzą jacyś oficerowie i proszą o pomoc w odbudowywaniu barykady w Alejach Jerozolimskich, którą szwaby ciągle rozwalali. Stanowiła one jedyne w Śródmieściu połączenie południowej części miasta z północną. Zgłaszamy się z mamą. Dostajemy wory, do których ładujemy gruz. Niektóre domy już się dopalają. W ich piwnicach tli się węgiel. Mimo, że pracujemy na powietrzu, wydobywający się czad utrudnia oddychanie. Jeszcze gorszym zagrożeniem są sztukasy. Latają nisko i ostrzeliwują nas z broni pokładowej. Ale trzeba wytrwać.
       Każdy powrót do schronu zaczyna się od odwszawiania. Najpierw głowa, potem ubranie. Już nikt się tego nie krępuje, to powszechność. Wszyscy mają wszy. Byle jak najwięcej ich wytłuc. Ale jutro i tak będą nowe. Schron kina był miniaturą miasteczka. Tu się spało i jak było co, jadło. Tu przekazywano sobie  aktualne wieści z frontu powstańczego i tego zza Wisły. Tu się cierpiało i przeżywało coraz rzadsze chwile radości. Choćby odwiedziny. Dzięki poczcie harcerskiej nawiązaliśmy kontakt z wujostwem, którzy wkrótce do nas wpadli z garem wywaru końskiego z kawałkami mięsa. Było to pierwsze od opuszczenia Chłodnej „spotkanie" z mięsem. Dostaliśmy też list od cioci Dziuby Halikowej z zaproszeniem nas do siebie, na Wilczą. Jej syn, Tadeusz, dwa razy przychodził po nas, by nas tam przeprowadzić, ale mama na razie się nie zdecydowała. Zupełnym zaskoczeniem dla nas była wizyta Staszka Mamborta. Szukał nas na wszystkie strony i dopiął swego. Przyszedł ze swą siostrą, Janeczką, obładowani skarbami. Cukier, sok malinowy, kluski, ryż, kasza, maggi. Zapasy, które starczyły na jakiś czas, nie tylko dla nas.
       Tu, w schronie życie się zaczynało i tu się kończyło. W tych ciężkich warunkach odbył się niejeden poród, a matki nie miały czym karmić swych niemowląt. Na podwórku powstał prowizoryczny cmentarz, na którym ciągle przybywało grobów. Tu powstała namiastka kościoła. Był udzielony ślub, sporadycznie można było wyspowiadać się i przyjąć komunię świętą. Tu też, pod koniec pobytu dopadło mnie zapalenie stawów. Brak leków i wycieńczony głodem organizm słabo się bronił.
      Niestety, zbliża się kres tej pozornej stabilizacji i iluzorycznego bezpieczeństwa. Szwaby coraz dokładniej „obrabiają" tę część Śródmieścia. Każdy przeżyty kolejny dzień jest dniem darowanym. Wszystko jest dziełem przypadku. W którym miejscu człowiek akurat się znajdzie, jak celowniczy ustawi działo, czy w którym momencie pilot sztukasa zwolni bombę. Czy się zginie od bezpośredniego trafienia czy odłamka, czy się spali w pożarze, czy od bomby zapalającej, czy też zostanie się przysypanym. Czekamy na wyrok. Przychodzi ksiądz przygotować nas do śmierci. Powszechna spowiedź. Chwila skupienia przy rachunku sumienia, wątpliwości, czy życzenie śmierci wszystkim szkopom jest grzechem? Odpuszczenie grzechów, symboliczna komunia święta. Jedna hostia uniesiona przez księdza do góry, błogosławieństwo, i to wszystko. Mamy przepustkę do raju, bo tu na razie jest piekło. Decydujemy się na przejście na Wilczą. Tak blisko, a tak daleko! I wcale nie łatwo. Pierwszeństwo ma wojsko, ranni, a dopiero potem cywilbanda. To oczywiste. A barykada, w której naprawie nie tak dawno z mamą uczestniczyliśmy, rozwalana jest nadal. Szkopy są idealnie wstrzelani, a amunicji mają dość. W oczekiwaniu na przejście koczujemy na ulicy Widok 7. W piwnicy tego domu, na wąskiej ławeczce, przyklejeni do wilgotnej ściany, przetrwamy trzy doby. Idealnie dla mego zapalenia stawów. Wreszcie można przeskoczyć. Głębokim przekopem, chronieni dodatkowo barykadą, przełazimy na drugą stronę. Byłem tak słaby, że mama miała ze mną spory kłopot, by mnie przeciągnąć.
      I znowu inna, lepsza Warszawa. Mało zniszczeń, Krucza jak z innej planety. Domy całe, szyby też. Mama ciągnie mnie dalej. Hoża, ks. Skorupki, Wilcza. Na rogu z Marszałkowską ma swój zakład fotograficzny przyjaciel ojca, Felek (właśnie tak wszyscy się do niego zwracali) Krzemiński. Wstępujemy do niego. Kolejny cud. Okazuje się bowiem, że w jego mieszkaniu zorganizowany jest polowy szpital. Mam pomoc na miejscu. Jakieś proszki, zastrzyk, no i coś niebywałego, puszka soku pomarańczowego. Ze zrzutów. Taki rarytas podczas Powstania! Może czasem warto chorować? Wysoka temperatura spowodowała, że na jakiś czas utraciłem pamięć. Pamiętam tylko, że ktoś mnie niósł na rękach, a potem była już Wilcza 46, na rogu Poznańskiej. Melinujemy się u cioci Dziuby Halikowej. Jesteśmy przyjęci wspaniale. Mieszkanie cioci znajduje się na pierwszym piętrze, ale jest już częściowo rozwalone. Bomba lotnicza ścięła ścianę wraz z kuchnią. Gotowanie, jeśli w ogóle jest coś do ugotowania, odbywa się w piwnicy, co dla nas nie jest niczym nowym. Mieszkamy oczywiście też w piwnicy. Tu też ciasnota. Coraz większym problemem staje się jedzenie. Dostajemy suchary, a w pobliżu dziewczęta z WSK [Wojskowa Służba Kobiet] gotują żołnierzom posiłki. Co za zapach! Dostaję miskę kluszczanki. Jest gorąca, osolona, jakby gęstawa, a w niej pływa jeszcze parę nitek makaronu. To też coś. Pewnego dnia znajduję w gruzach apteki jakieś leki. Zanoszę je do szpitala i dostaję michę pełną gorącej kaszy. Jem do połowy, resztę zanoszę mamie. Myszkując po gruzach znajduję nadgniłego ziemniaka. Zanoszę go mamie z prośbą, by ugotowała. Zapomniałem już, jak taki rarytas smakuje. Ten nie był najlepszy. Podobno ludzie wyprawiają się na niedalekie Pola Mokotowskie. Są tam działki, na których można jeszcze znaleźć warzywa. Są tam pomidory, cebula, marchew, ziemniaki i inne wspaniałości. Ochotnikami są najwięksi desperaci, bo wyprawy w ten otwarty teren  są bardzo niebezpieczne. Nie wszyscy z nich wracają. Życie za marchewkę. Ale co mają zrobić matki, które nie mają czym karmić swych maleństw? Kiedy głód bardzo mi doskwiera, widzę te weki z kurczakami w sklarowanym maśle przygotowane przez mamę na czarną godzinę. Czarna godzina nadeszła, a kurczaki prawdopodobnie zostały pożarte przez jakiegoś kałmuka z brygady Kamińskiego, bo to oni niszczyli i plądrowali Chłodną. A my, co? Głodujemy. Brak wody jest jeszcze gorszy. Z wypraw na Pole Mokotowskie zrezygnowaliśmy, ale bez wody nie można żyć. Chodzimy po nią gdzieś w stronę Politechniki. Setki ludzi w kolejce po wodę, rozbiegających się co jakiś czas szukając schronienia przed powtarzającym się ostrzałem. Dookoła gruzy, więc z tym schronieniem też niełatwo. Niemcy wiedzieli, że tam jest masa ludzi, więc nie tylko ostrzeliwali teren z granatników, to jeszcze czasami pojawiały się sztukasy. Hydrant jest gdzieś daleko, w ruinach, a ludzie czerpią wodę z ciągnącego się gumowego węża. Jakiś kombinator przedziurawił wąż, by wodę mieć tuż, tuż. Zaraz ustawiła się do tej dziury „podklejka", a w ślad za pierwszą dziurką pojawiły się kolejne, aż w końcówce węża zabrakło wody. Chodziliśmy też w inne strony, gdzie tylko mieliśmy jakiś namiar. Wyprawa nie kończyła się wraz z nabraniem wody, trzeba było jeszcze ją w całości donieść do domu. To było o tyle trudne, że szło się po wysokich piramidach gruzu, trzeba było bardzo uważać by się nie potknąć, a do tego w każdej chwili trzeba było być przygotowanym na ostrzał, by w porę odskoczyć, lub skryć się.
      Z wielkim entuzjazmem powitaliśmy narastający pomruk ciężkich samolotów, które srebrzyły się wysoko na niebie. To nie luftwaffe. Oni tak wysoko nie latają. Sprawa się wyjaśniła, gdy od samolotów zaczęły odrywać się ciemne plamki, za którymi po sekundach otwierały się spadochrony. To nasi, to desant! Po chwili okazało się, że to zrzuty. Niestety, zbyt duża wysokość przy małych powierzchniach powstańczych terenów spowodowała, że większość zrzutów dostała się w ręce wroga. To był zrzut amerykański, angielskie, z udziałem polskich lotników były bardziej skuteczne. Zrzutowy spektakl odbywał się przy pełnej obsadzie widzów. Z piwnic wypełzli na podwórko nawet ci, którzy ich z zasady nie opuszczali. Między samolotami pojawiały się czarne obłoczki, to rozrywały się pociski niemieckiego „flaku" [obrony przeciwlotniczej]. Wkrótce samoloty znalazły się poza zasięgiem wzroku. Widowisko skończyło się  szybko. Kurtyna opadła, widzowie znikli w piwnicach, znikła też nadzieja.
      Rozpoczął się okres piwniczny. Spędzamy w nich coraz więcej czasu. Najgrubsze nawet mury starych piwnic nie są w stanie wygłuszyć tego, co się dzieje na zewnątrz. Trwa nieustająca kanonada artyleryjska. Liczymy czas, jaki upływa od ostatniego wybuchu najcięższego pocisku z działa kolejowego, To pozwala zorientować się, kiedy nastąpi następny wybuch. Jest to o tyle bezsensowne, że i tak w razie czego nic nas nie uchroni. A szwaby walą z regularnością szwajcarskiego zegarka. Nadsłuchujemy potężnego świstu nadlatującego pocisku, a potem grzmotu wybuchu. Czym głośniejszy, tym bliżej nastąpiła detonacja. A pociski te zmiatają wielkie kamienice do piwnic. Zdarza się, że po świście jest cisza. Nie ma wybuchu. To niewypał. Ludzie w piwnicy cieszą się, klaszcząc jak w teatrze. To na pewno nasz sabotaż, przecież w tamtych fabrykach pracują nasi, wywiezieni z łapanek na roboty - entuzjazmują się. Po chwili następuje kolejne oczekiwanie. Pociski trafiają coraz bliżej nas. Do piwnicy docierają też odgłosy szykowanej do oddania salwy „ryczącej krowy". To takie uprzedzenie nas, że zaraz dostaniemy łupnia. Są do wyboru pociski burzące lub zapalające, z tym, że to nie my wybieramy rodzaj amunicji i nie my wybieramy kierunek. Nam zostaje bierne oczekiwanie. Już nie ma gdzie uciekać. Przesiedzieliśmy w piwnicach czas, kiedy dom zaczął płonąć.
       Chyba były to bomby zapalające. Spłonęły trzy oficyny, pozostała ta, w piwnicach której siedzieliśmy, czekając do ostatniej chwili. W chwili bezpośredniego zagrożenia ogniem trzeba byłoby wyjść na ulicę. Ale co dalej? Wytrzymaliśmy żar  i brak tlenu i udało się. Nasilenie ostrzału było tak silne, że w czasie trzech dni w wypalone kikuty ścian Niemcy posłali nam jeszcze kilkadziesiąt pocisków z granatników. Nie do wiary, że ten dom jeszcze się trzyma.
      Kapitulacja. Już  coraz częściej słyszało się o zakończeniu walk. Pozostał  niewielki kawałek wolnej Warszawy. Po kolei, począwszy od Ochoty i Woli padały kolejne dzielnice. Za Wisłą od dawna nie słychać armat. Nikt już nie liczy na jakąkolwiek pomoc. Cisza. To niesamowite, jak może być przejmująca. Nie wiadomo, płakać, czy się cieszyć. Płakać, bo wszystko stracone. Nadzieja na wolność i dorobek całego życia. Cieszyć się, bo nareszcie koniec tragedii. Miasto przestało istnieć. Jak wiele zmieniło się od euforii z pierwszych dni. I jak udało się przeżyć dwa miesiące bez dachu nad głową, bez zapewnionej strawy, prowadząc koczownicze życie przy stałym zagrożeniu? Nie sposób znaleźć odpowiedź. To chyba tylko dzięki przezorności Mamy, która wiedziona wręcz nadprzyrodzonym zmysłem zawsze odgadywała właściwy kierunek i cel naszej rajzy. No i dzięki szczęściu. Bez najmniejszego draśnięcia. A okazji było aż nadto. Jeszcze na Złotej, gdy staliśmy z kolegami na skwerku - cmentarzyku usłyszeliśmy „ryczącą krowę" . Padliśmy jak na komendę. W drzewo, pod którym stałem trzasnął odłamek. Innym razem niedaleko mnie przebiegał kolega. Dostał na moich oczach. Dookoła waliły się domy, grzebiąc ludzi. Wszystko płonęło, a nam nic. Ani mamie, ani mnie. Nawet cegła na głowę. Można powiedzieć, że niemożliwe.  
      Wpadł do nas Staszek. Niedbale usiadł na jakimś niewypale i oświadczył, że idzie z resztkami swego batalionu do niewoli. Trzykrotnie ranny, odwiedziliśmy go kiedyś w szpitalu na Mokotowskiej, trzymał się dzielnie, jak na chłopaka z „zastawy wolskiej" wypadało. Te parę odłamków blisko serca nosił w sobie jak swoistą pamiątkę do końca życia.
      Niemcy dali rozkaz opuszczenia Warszawy przez wszystkich  mieszkańców. Niezastosowanie się groziło śmiercią. Do tego rodzaju kary wszyscy Warszawiacy przyzwyczaili się jeszcze podczas okupacji. Oni chyba nie znali innej kary. Mama rozważała jeszcze ukrycie się i przetrwanie, ale w  końcu uznała, że w naszej sytuacji bezdomnych i już osłabionych, jest to zbyt ryzykowne. Decyzja - wychodzimy. Można zabrać ze sobą tylko podręczny bagaż. My nawet takiego nie mamy. Przed wyjściem wielka niespodzianka.  Okazuje się, że nasi gospodarze trzymali ukryte gdzieś zapasy na czarną godzinę. Czarna godzina nadeszła i sezam się otworzył. Mąka pszenna i konserwy wieprzowe stworzyły wielki półmisek klusek opływających sosem i obłożonych mięsiwem. Panie gotowały w piwnicy, ale skoro nie ma już bombardowań, to postanowiono, że jeść będziemy w mieszkaniu, na piętrze. Mnie przypadł zaszczyt i obowiązek wniesienia półmiska na górę. Aromat tych specjałów bardzo dokuczliwie drażni mój wzrok i węch. Mam nieprzemożną ochotę uszczknąć choć troszkę, ale świadomość, że wszyscy są tak samo głodni jak i ja, że trzeba rozdzielić sprawiedliwie między wszystkich, zwycięża. Donoszę nietkniętą całość. Duma z mej uczciwości tkwi we mnie do dziś i nie sądzę, bym teraz zniósł taką próbę. Kluseczki liczy się przed nałożeniem ich na talerz, również mięso rozdziela się na równe porcje. Moja porcja znika z talerza migiem. To jakby świąteczny dzień. Nie dość, że taka wyżerka, to w dodatku jemy przy stole, na porcelanowych talerzach! Nie wiem, jakim cudem ocalał kredens, a w nim nietknięte talerze. Przez brakującą ścianę rozpościera się otwarty widok na ulicę, sąsiednie oficyny wypalone, a tu proszę, porcelana! Mama z dobrego serca chce mi oddać część swoje porcji. Początkowo się certolę, jednak dość szybko ulegam nęcącej propozycji. Pochłaniam wszystko. Na efekt nie trzeba było czekać zbyt długo. Zwijam się z bólu. Chyba niewiele brakowało, bym w tym głodującym mieście dostał skrętu kiszek i skonał z przejedzenia. Tego by mi nie podarował sam Gargantua. Ale może przeszedłbym do historii, niezbyt chlubnie, prawdę mówiąc. 
      Przed wyjściem oglądamy resztki gościnnego domu oraz okoliczne ulice. Najbardziej zaskakujące wrażenie robi na mnie widok ulicy ks. Skorupki. Jeszcze parę dni temu, choć potrzaskana, była ulicą. Teraz jest to tylko kupa gruzu. Nie ma śladu jezdni, czy chodników, sama piramida gruzu. Wszystko dokoła wygląda podobnie. Zagłada totalna. Mimo, że od tego czasu upłynęło ponad 60 lat, mam to nadal przed oczami.

         Po dwóch miesiącach powstańczej tułaczki przed nami kolejny jej etap. Kierują nas na Dworzec Zachodni. Po drodze mijamy przedstawicieli herrenvolku, rasy panów, uzbrojonych po zęby, niosących nowy ład w Europie. To ci nadludzie, rzeźnicy, którzy mordowali bezbronną ludność cywilną, bez względu na wiek i płeć, gwałcili i palili żywcem. Teraz widzimy ich z bliska. Na ulicach okupowanej Warszawy wzbudzali strach i nienawiść. Teraz tylko nienawiść. Poganiają nas jak bydło. Wokół gruzy, pogorzeliska. Już poza centrum miasta mijamy nieuprzętnięte czyjeś zwłoki. Na nogach saperki, panterka. Leży na boku, wciśnięty twarzą w ziemię. Ciało już w rozkładzie. Z jednego oczodołu wypełza glista. To już ostatnie zwłoki tego czasu. Widziałem podczas Powstania wiele trupów, ale ten najbardziej pozostał w mej pamięci. Powoli docieramy do dworca. Zaskoczenie. Czeka nas podróż w osobowych wagonach. Po drodze mijamy znane nam z częstych wyjazdów do Otrębus, stacje. Ludzie na peronach stoją z prowiantem. Jedni dzielą się z nami tym, co mają, nieliczni chcą pieniędzy. Ktoś wrzuca przez okno chleb. Przypadkiem trafia mnie w twarz. Łapię skwapliwe bochenek, łzy ciekną mi po policzkach. Mama myśli, że to a bólu, ale to nie to. To obok radości efekt wzruszenia, lub wstydu. Pierwszy raz przyjmuję od kogoś taki dar. To jakby jałmużna.
       Wreszcie Pruszków. Durchgansglager 121. Znowu stajemy się  popędzanym bydłem. Schneller, polnische schweine, weite! Wganiają nasz transport do ogromnej hali. Na ścianach popisane nazwiska i informacje o tych, którzy już tu byli przed nami. Goły beton będzie naszym łóżkiem. Mama szykuje dla mnie legowisko. Po tym zapaleniu stawów beton byłby zabójczy, a nie wiemy, jak długo będziemy tu gościć. Mama wykombinowała dla mnie dwa koziołki służące do piłowania drewna, położyła na nie arkusz blachy, też nie wiem gdzie zdobyty. Będzie nieco lepiej. Wkrótce przepędzają nas do innej hali, następnego dnia do kolejnej. Każda z nich oznaczona jest numerem, a jak obozowa plotka niesie, każdemu numerowi przypisany jest cel dalszej podróży. Może być Auschwitz, do bauerów w Rzeszy, albo gdzieś w GG. Każda zmiana hali wywołuje strach przed Oświęcimiem. Gdzie trafimy? W tłumie napotkamy na wujka Bronka. To niesamowity przypadek. Na razie trzyma się naszej grupy składającej się z ludzi starszych, chorych i dzieci. Liczymy na to, że ta grupa przeznaczona będzie do rozrzucenia po GG.  Przyjeżdża RGO, lub PCK z kuchnią polową. Z kotłów leją nam gorącą, jarzynową zupę. Radość wielka.
       Po południu, wśród wrzasków, przeklinań i wyzwisk pędzą nas na kolejową rampę. Stoi skład wyłącznie z węglarkami. Wagony bez dachu. Wciskają nas do nich, dopychając kolbami karabinów. Godzinami czekamy ściśnięci ramię w ramię, plecy w plecy. Zaczyna padać deszcz. Początkowo siąpi, po niedługim czasie leje. Jest nie tylko mokro, ale i zimno. Kto chce siusiu, musi robić pod siebie. Wreszcie przed północą ruszamy. Kierunek południe. Czyżby Oświęcim? Po drodze nieliczni próbują ucieczek. Wciągają się na ściany wagonów i skaczą w ciemność. Za nimi idą serie z broni wartowników. Oby komuś się udało. Na którejś stacji pociąg się zatrzymuje. Chyba parowóz tankuje wodę do tendra. Jakaś kobieta coś mówi po niemiecku do jednego z wartowników, coś mu wręcza, przedostaje się przez burtę wagonu i znika. Transport rusza. Świta. Dalej nie wiemy, dokąd nas wiozą. Około południa stajemy. Stacja Rudniki, przed Częstochową. Wachmani odsuwają rygle, przesuwają drzwi wagonów i wypędzają nas. Zesztywniali z zimna i bezruchu usiłujemy zsunąć się na ziemię, niektórzy nie mogą utrzymać się na nogach i bezwładnie padają. Ustawiają nas w szeregu przed wagonami. Jakiś „nadczłowiek" w typowym, skórzanym płaszczu i tyrolskim kapelusiku staje przed nami i oświadcza, że nasz wielki führer daje wam, warszawskim bandytom wolność. Są już przygotowane podwody. To wyznaczeni z okolicznych wsi wieśniacy mają nas rozwieść do swoich domów.
       Drabiniastym wozem dojeżdżamy do wsi Małusy Małe na terenie gminy Wancerzów. Gospodarze starają się podzielić z nami swoją biedą. Zaraz pierwszego dnia popełniam pierwszą kradzież w życiu. Sięgam po leżącą na parapecie cebulę i jem ją jak jabłko. Codziennie staramy się pomóc w gospodarstwie, przede wszystkim przy zbieraniu ziemniaków. W innych zagrodach też są warszawiacy. Szczęśliwi ci, którzy pozostali do kapitulacji we własnych mieszkaniach. Mogli zabrać ze sobą jakieś cieplejsze rzeczy, podczas gdy my w upalnym sierpniu uciekaliśmy w tym, co mieliśmy na sobie i teraz to tylko mamy. Mama nawiązuje kontakt z byłym żołnierzem, obrońcą  Warszawy, Adolfem Ferdynem. Leżał ranny w Szpitalu Ujazdowskim na sali, którą opiekowała się mama wraz z innymi paniami. Dowoziły codziennie konwie gorącej zupy. Po wyjściu ze szpitala utrzymywał z nami kontakt aż do śmierci mamy w 1979 roku. Mieszka w Rogoźniku koło Będzina. Teraz te tereny należą do Rzeszy. Chce nas ściągnąć do siebie, pisze, że przejdziemy przez zieloną granicę, ale mama obawia się ryzyka. Woli uniknąć dostania się z powrotem w niemieckie łapy. Dowiedzieliśmy się, że w pobliskiej Częstochowie jest dużo wygnańców z Warszawy. Spróbujemy dołączyć do nich. Żegnamy się naszymi gospodarzami, Walerianem Chwałą i Janem Mermerem oraz ich rodzinami, u których spędziliśmy blisko miesiąc, dziękując za okazane serce. 1. listopada wyruszamy wozem do Częstochowy.
       Poszukujemy schronienia i jakaś pani daje nam adres. Trafiamy do mieszkania, w którym przebywa już wielu ludzi. W pokoju, do którego nas przyjmują, koczuje ponad dziesięć osób. Pod blatem dużego, krawieckiego chyba stołu jest obszerna półka. Tu będzie moja sypialnia. Obok mnie ma miejsce chłopak niewiele starszy ode mnie. To miejsce służy nam tylko parę dni. Wkrótce mama znajduje stałe locum. Mieszkamy u pani Respondek. Mama pracuje w jej domu, sprząta, gotuje, ja natomiast pomagam w jej sklepie z częściami rowerowymi, karbidówkami, oraz innym żelastwem. Jestem adeptem subiekta. Ważę karbid, pakuję towar (po paru dniach wychodzą mi całkiem przyzwoite paczki), a czasami targam na plecach worek z karbidówkami z odległego warsztatu . To już nie przelewki. Mama nawiązuje kontakt z Basią [moją siostrą] pozostającą nadal w Złotokłosie, gdzie spędzała wakacje. Myśli o połączeniu rodziny, ale na razie nie może sprowadzać do Częstochowy jeszcze jednej osoby. Rzeczywiście Częstochowa pełna jest warszawiaków. Spotykamy sporo znajomych, między innymi pp. Pawliszewskich, Buchcarów, oraz zaprzyjaźnioną od lat z naszą rodziną dr Żebrowską, zajmującą się nami od urodzenia.  Wszyscy, podobnie jak i my marzymy o powrocie do Warszawy, choćby zobaczyć gruzy, ale nie mamy wstępu. Warszawa - miasto dla nas zamknięte. Spędzamy jeszcze święta Bożego Narodzenia w Częstochowie i po Nowy Roku mama rusza po Basię. Ja zostaję sam, przejmując po mamie część obowiązków. Najpierw napalenie w piecach, a dopiero potem do sklepu. Rzadkim gościem w domu jest córka gospodyni. Często znika na parę dni, a potem dzieli się wiadomościami, głównie z frontu. Niewątpliwie ma kontakty z partyzantką. Jest w wieku mojej siostry, Danusi. Nawiązuje się między nami coś w rodzaju cichego porozumienia. Ona dobrze wie, co się działo w Warszawie, tak podczas okupacji, jak i Powstania. Tymczasem budzi się z uśpienia Armia Czerwona. Szkoda, że nie parę miesięcy wcześniej. Zaczynają się krótkie walki o Częstochowę, Niemcy szybko wycofują się. Po warszawskich walkach to dla mnie niewielkie przeżycie. Wychodzę na miasto. Spotykam pierwszych krasnoarmiejców, o których tyle naczytałem się podczas okupacji w zbieranych przez ojca pismach wojskowych. Na mieście minimalne zniszczenia, na Rynku spalony ruski czołg, a na nim spalone zwłoki czołgisty. Chyba nie zdążył się wydostać, tkwi nogami we włazie. Przyglądam się z zaciekawieniem lichemu umundurowaniu ich wojska. Parę ulic dalej obserwuję sołdata uczącego się jeździć na zdobycznym zapewne rowerze. Ma włączony na kierownicy reflektorek. Jest biały dzień, zapewne nie wie, jak wyłączyć dynamo. U moich gospodarzy kwateruje jakiś major Armii Czerwonej. Gdy poznał moje losy, zapałał do mnie sympatią. Okazuje się, że w domu zostawił syna w moim wieku. Prowadzi mnie do niemieckich magazynów. Mogę sobie wybierać, co zechcę. W ten sposób dochodzę do pierwszego powojennego, własnego dobytku. Fajansowe talerze, kubki, dzban i inne dobra, ciężkie jak diabli. I co najważniejsze - wielki płat skóry na zelówki. To rarytas. Przynoszę też do domu w sporych ilościach damskie świecidełka, czyli sztuczną biżuterię, notesy, ołówki i inne na pozór zbędne drobiazgi. Przez parę dni chodzę na zaimprowizowany na wiadukcie kolejowym nad Aleją Najświętszej Marii Panny, bazar. Świecidełka idą jak woda, wkrótce już ich nie mam. Trochę dłużej handluję pozostałym szabrem. Ale wszystko upycham. Mam już na stanie spory jak na mnie, plik pieniążków. Będzie czym powitać mamę i Basię. Teraz, po przejściu frontu sklep powoli zaczyna pracować, a więc mam zajęcie. Najgorszy jest brak wiadomości od mych pań, bo i też nie może być, bo jesteśmy po obu stronach frontu. Pozostaje czekać aż do skutku. No i w końcu doczekałem się.
       To, co opowiadają, jest przerażające. Zaraz po wycofaniu Niemców, w trzaskające mrozy zimy 1944-1945 roku wyruszyły do mnie. Nie było jeszcze żadnego transportu. Pieszo, często schodząc z drogi by uniknąć spotkania z maruderami, czasem jakimś wojskowym samochodem, byle do przodu. W lasach napotykały zamarznięte grupki przytulonych do siebie plecami niemieckich żołnierzy, gdzie indziej leżeli zamarznięci na pozycjach strzeleckich. Początkowy bały się, nie wiedziały, że to już trupy. Były w stałym zagrożeniu ze strony pijanych sołdatów. Wiedziały, co może grozić z ich strony kobietom. A Basia zaczynała dopiero 15 lat. Spały we wsiach, karmiąc się tym, co dobrzy ludzie dali. Ta wyjątkowa pielgrzymka do Częstochowy w mrozie i o głodzie trwała dziesięć dni.
        Po paru dniach odpoczynku żegnamy się z gospodarzami, dziękując za trzy miesiące przechowywania. Nasz wyszabrowany dobytek ładujemy do trzech mocnych worów i jakimiś sznurami i paskami przywiązujemy sobie do pleców. W drogę. Na dworcu dowiadujemy się, że dzisiaj na pewno będzie pociąg do Warszawy. Musimy wyglądać nie najlepiej, bo napotkany kolejarz ulitował się nad nami i załatwił nam miejsce w wagonie. Ścisk niewyobrażalny, ludzie jadą na stopniach, na zderzakach, a nawet na dachu, a my mamy siedzące miejsca. Po wielu godzinach docieramy do Warszawy. Z naszymi worami na plecach idziemy na Chłodną. W miejscu gdzie była kamienica nr 44, a w niej zakład fotograficzny moich rodziców, zalega tylko wysoka kupa gruzów. Vis a vis był nr 39, pod którym mieszkaliśmy. Ocalał tylko niedopalony parter, a wyżej wypalone ściany. Podwórko zasypane gruzem, lekko przykryte śniegiem. Rozgarniam parę cegieł i o dziwo, odnajduję łyżkę stołową z naszego kompletu. To wszystko, co pozostało. Zastanawiamy się, czy nie pozostać tu, w tych resztkach parteru, choćby zamieszkać w mydlarni pani Borkowskiej, ale co zrobimy, jak wrócą właściciele? Z ciężkim sercem kolejny raz opuszczamy nasz dom, a właściwie jego resztki. Kierunek - Otwock, czyli wujek Mietek. Poprzez most pontonowy docieramy na Dworzec Wschodni. Jest jakiś ruski skład składający się wyłącznie z lor. Mama pamięta trochę rosyjski jeszcze z czasów szkolnych, pod ruskim zaborem i dowiaduje się, że możemy zabrać się z nimi. Jadą przez Otwock i na pewno tam się zatrzymają. Ładujemy się na platformy wraz z naszym bagażem. Jest piękny, słoneczny dzień, ale w związku z tym mróz przybrał na sile. Wiatr również daje się we znaki. Całe szczęście, że to nie jest pociąg pośpieszny, ale i przy tej małej szybkości czujemy się jak na Syberii. Chyba jednak tam nie jedziemy. Po pewnym czasie okazuje się, że w kierunku Otwocka też nie jedziemy. Nasz eszelon skręca bardziej ku zachodowi. To może na Berlin? Bardziej sprawni wędrowcy, bo przecież nie jesteśmy sami, takich ochotników jest więcej, wyskakują turlając się do rowu. My przerażeni, wraz z naszym „cennym dobytkiem" jedziemy dalej. Bogu dzięki nie za daleko, bo zatrzymujemy się na stacji Zielonka. Czym prędzej oddalamy się od pechowego pociągu. Wory na plecy i marsz na Otwock. To chyba będzie ze 30 kilometrów. Pytamy o kierunek, zresztą to pytanie będziemy zadawać często, byleby nie pójść w złym kierunku. Mróz daje się we znaki, sznury wpijają się w plecy, wory ciążą. Te gliniane naczynia ważą strasznie dużo, a wielki rulon skóry też nie jest lekki. Na drodze pusto, ani furki. Trzeba per pedes. Dzień jest krótki, więc wykorzystujemy pierwszą ewentualną okazję do zanocowania. Trafiamy pod dach klasztoru. Zakonnice przyjmują nas i częstują kolacją. Normalny chleb z normalnym masłem i do tego kawa zbożowa z mlekiem. Niezapomniany smak! Następnego dnia, raniutko, znowu wory na plecy, zakonnice błogosławią nas na drogę. Znowu mróz, znowu śnieg, znowu straszny trud drogi. Późnym popołudniem docieramy do Otwocka. Zaskoczenie, łzy, radość. Jesteśmy prawie w domu. Ale to jeszcze nie nasz dom, to jeszcze nie koniec wędrówki
       Właśnie tam, w Otwocku, świętujemy koniec wojny. Gdyby jeszcze nie było na ulicach tylu sołdatów! Zewsząd docierają do nas wezwania: Jedźcie na Ziemie Zachodnie. W Warszawie nie ma gdzie się zaczepić. Jesteśmy bez domu, bez środków do życia. Wszystko trzeba zaczynać od nowa. Jesteśmy w stałym kontakcie z panem Adolfem, który zawsze podkreśla swoje oddanie i wdzięczność za pomoc udzieloną w Szpitalu Ujazdowskim. Namawia nas do przyjazdu na Śląsk. Mama rusza na zwiady. Wkrótce dostajemy list z adresem zwrotnym Beuthen, O/S, Kupperstrasse 2. Jeszcze nie zmieniono nazewnictwa na polski. W Bytomiu dostała mieszkanie i stara się otworzyć zakład fotograficzny. Mamy do niej przyjechać. Ja wyruszam pierwszy, Basia na razie pozostaje w Otwocku. Wujek z ciocią pakują mnie na drogę. Do małej walizki wkładają kawał wędzonej słoniny, jakieś inne dobra, no i niewielką, ale jakże wówczas cenną kwotę dolarów. Na szczęście niewielką, bo już w Warszawie zdążyli mnie okraść. Aby dostać się z Dworca Wschodniego na Zachodni, trzeba było skorzystać z jazdy „na łebka". Te ciężarówki o wysokich burtach były jedynym środkiem komunikacyjnym w stolicy. Ktoś pomagał mi wciągnąć się na górę lekko przyduszając gardło, ktoś stojący na ulicy wyszarpnął z ręki walizkę, ciężarówka ruszyła i zanim złapałem oddech, było po wszystkim.
       Byłem przerażony, w Bytomiu na ulicach panował powszechnie znienawidzony język niemiecki. Rozpocząłem kontynuację nauki. Do jednej klasy chodzili chłopcy w różnym wieku. Czasem różnice te dochodziły do sześciu lat. Mieliśmy w klasie umundurowanego syna pułku. Po skończeniu w Warszawie czterech klas szkoły powszechnej przyjęto mnie do gimnazjum, do klasy przygotowawczej, po roku zdałem do wstępnej, by potem przejść do wyrównawczej. A może była to inna kolejność, ale tak się właśnie nazywały. Na dobrą sprawę sam nie wiedziałem, do której klasy właściwie chodzę, która nazwa odpowiada której klasie. W każdym bądź razie po trzech latach edukacji gimnazjalnej przeniosłem się do Liceum Fotograficznego w Katowicach.
        Przez cały czas mama poszukuje śladów Danusi. Jeszcze podczas pobytu w Otwocku, w lutym 1945 byłem z mamą w Alei Szucha. Oglądaliśmy słynne „tramwaje", oraz cele. W niektórych były jeszcze ciemne ślady krwi. Czytaliśmy na ścianach wydrapane nazwiska, daty, fragmenty wierszy. Znaleźliśmy tylko datę 19 stycznia 1944, dzień jej aresztowania, a obok nazwisko dozorcy domu, z którego ją zabrano. Czy w ten sposób chciała dać znać kto „sypnął", czy to może przypadek? Szukaliśmy przez Polski i Międzynarodowy Czerwony Krzyż. Na zachodzie szukał Staszek Mambort, też bez skutku. Dopiero praca profesora Władysława Bartoszewskiego „Warszawski Pierścień Śmierci" wyjaśniła dalsze jej losy.
       Lata spędzone w gimnazjum to przede wszystkim harcerstwo, które do dziś wspominam jako wspaniałą szkołę charakteru. Życia może też, ale tę zaliczyłem raczej podczas okupacji i Powstania. W harcerstwie poznałem wspaniałych ludzi, nie tylko w moim wieku, ale również dorosłych, „starych" skautów. To oni nadawali ton. Wszyscy byliśmy zdecydowanie przeciwko nowej władzy. Większość pochodziła z Kresów, więc z własnych doświadczeń wiedzieli jaki będzie los kraju. Kontynuowaliśmy tradycje wypisując na domach różne nieprawomyślne teksty w rodzaju: Bierzcie czasy i rowery, idźcie z Polski do cholery, lub śpiewając tego rodzaju teksty. Ale zaczynało być coraz mniej zabawnie. W 1946 roku kazano harcerstwu wziąć udział w pochodzie pierwszomajowym. Komendant Hufca początkowo odmówił, ale wytargował kompromis. Będzie pochód trzeciomajowy z udziałem harcerzy. I w ten sposób wzięliśmy udział w święcie 1. maja, ale kiedy 3. maja wszystkie bytomskie drużyny uformowały się do defilady, milicja zaczęła nas rozpędzać. Skutek tego był taki, że nikłe jeszcze wtedy siły MO musiały rejterować przed harcerską masą, w której rej wodzili wspaniali i bitni „ta-jojki", czyli brać ze wschodu. Lwów, Stanisławów, Tarnopol, tam były ich korzenie.  I to nam MO zapamiętała. Następnego roku, chyba to było na powitanie wiosny, mieliśmy ognisko w okolicznej Dąbrowie Miejskiej. I jak to przy ognisku, były śpiewy i na pewno nie wszystkimi tekstami władza byłaby zachwycona. Kiedy szykiem wracaliśmy do miasta, już na przedmieściach, ktoś jadący na rowerze ostrzegł nas, że milicja zbiera się po nas. Rozproszyliśmy się gdzie się dało i kiedy parę ciężarówek przejechało, już grupkami rozeszliśmy się po domach. Tuż przed wyjazdem na obóz harcerski,  (a zarabialiśmy na obozy statystując w Operze Śląskiej), na początku lipca, około 5. rano usłyszeliśmy dzwonek do drzwi. Mama poszła otworzyć i do środka wtargnęło dwóch drabów po cywilu. Gęby takie, że mogły im służyć za ubeckie legitymacje. Kazali mi się szybko ubierać i wyprowadzili mnie z domu. Ale mimo, że ulice były jeszcze pustawe, utworzyli dziwny szyk. Przodem szedł jeden, potem ja, a pochód zamykał ten drugi. Dla ewentualnych widzów niewinny pochodzik. Myślałem, że idziemy na posterunek milicji, ale niestety, minęliśmy go i w tym szyku doszliśmy do gmachu UB. Tam przesłuchanie ze wszystkimi rekwizytami, ale bez bicia. Zabawa „tetetką", straszenie, wypisywanie żółtego formularza (skierowanie do aresztu), wyciąganie z butów sznurówek, a wszystko po to, by dowiedzieć się, kto był na ognisku w Dąbrowie, jakby nie mieli dokładnych spisów wszystkich członków drużyn wchodzących w skład bytomskiego hufca, co śpiewano itd. Kiedy znudzeni moim stałym powtarzaniem, że cała drużyna a i inne też, zaprowadzili mnie na poddasze i zamknęli drzwi na klucz. Upał, chciałem napić się wody, bo a jakże, jest umywalka, kran, tylko, że wody nie ma. W oknach kraty „w trosce" o życie aresztantów. Mija godzina za godziną, nad głową mam rozpalony dach, a przed wyprowadzeniem z domu nie pozwolono mi napić się nawet łyka herbaty. Po południu zrobiło się nieco chłodniej, ale pragnienie dokucza. Pocieszam się, że w czasie Powstania było gorzej i się przeżyło. Wreszcie przed wieczorem sprowadzili mnie z powrotem na przesłuchanie. Wszystko od nowa, od życiorysu. W końcu dali za wygraną, oddali sznurówki, pasek i kazali podpisać zobowiązanie, że nigdy nikomu nie powiem, że tu byłem i o co mnie pytano, co z radością podpisałem. Z dzisiejszego punktu widzenia chyba oceniono by mnie jako TW. Przecież podpisałem papiery!
      Nadszedł 1948 rok i zaczęła się oficjalna likwidacja ZHP. Jeszcze ostatni obóz harcerski w Żegiestowie pod hasłem Harcerska Służba Polsce, na którym regulowaliśmy Poprad. Choć staraliśmy się, jak na harcerzy przystało, efekt był absolutnie żaden. Jak można ręcznie, bez żadnego sprzętu wyregulować górską rzekę? Staliśmy godzinami w nurcie tak bystrym, że nieraz czuliśmy na kostkach niesione z prądem co mniejsze kamienie. My swoje, otoczaki swoje. Teraz myślę, że był to jakiś pierwowzór późniejszych czynów społecznych. Coś totalnie absurdalnego.
      Mama tymczasem walczyła z urzędami, a urzędy z mamą, no bo przecież prywatna inicjatywa to fe, w ustroju budującym świetlaną przyszłość to zakała. Wymiary, domiary, kontrole, to stałe elementy gry. Nawet po jej śmierci nie obyło się bez interwencji. W nekrologach prasowych cenzura zakwestionowała wydrukowanie nadanych jej przez Londyn za działalność konspiracyjną  Krzyża Armii Krajowej i Medalu Wojska. Komplet odznaczeń wydrukowała na klepsydrach tylko zaprzyjaźniona drukarnia.
       Skończyło się harcerstwo, skończyło się dzieciństwo, jakie by nie było, ale jednak. Rozpoczął się nowy, też niełatwy czas.

 Wstecz...


 
Materiały dodatkowe
         
 
search szukaj
 
   

Copyright © Muzeum Warszawy :: 2007

   
  Projekt jest realizowany przez Muzeum Warszawy we współpracy z Archiwum Państwowym m. st. Warszawy oraz niemiecką fundację Stiftung Niedersachsische Gedenkstatten