Informacje o projekcie  |  Informacje o uczestnikach projektu  |  Aktualności  |  Sponsorzy  |  Kontakt  | 
         

search szukaj
 

Relacja Wojciecha Prośniewskiego


      I właśnie tego dnia, 6. sierpnia 1944 rozpoczął się nasz exodus.  Wykutymi wcześniej otworami łączącymi piwnice uciekamy w kierunku Krochmalnej, do rogu Żelaznej. Tam jednak kończą się zabudowania, kończą się więc zbawienne piwnice. Koniec ze względnym bezpieczeństwem. Trzeba wyjść na ulicę. Trwa koszmarny nalot sztukasów zrzucających całe ładunki bomb zapalających. Nie można chronić się przy ścianach budynków, bo stoją one w ogniu. Żelazna staje się płonącym wąwozem. Pali się asfalt. Biegniemy środkiem jezdni wraz z innymi ludźmi. Na ulicę spadają fragmenty dachów.   Niemieccy lotnicy robią sobie zabawę strzelając bezpośrednio do nas, bezbronnych ludzi. W końcu szczęśliwie docieramy na Mariańską. Jest już częściowo zdruzgotana. Wujostwa już nie ma. Też musieli opuścić swój dom. Co dalej? Mama podejmuje decyzję. Niedaleko stąd jest ulica Zielna, a na niej Dom Radia, wysoki, solidny budynek dający nadzieję bezpieczeństwa. Docieramy do niego szczęśliwie. Sadowimy się w piwnicach, załadowanych już przez uchodźców z zachodnich dzielnic. Ale przetrwamy tam tylko 3 dni. Podobno słychać jakieś odgłosy kucia, ponoć do Niemcy chcą wysadzić w powietrze „nasz" dom. Plotka goni plotkę, ale pewności nie ma. I tym razem moja przewodniczka, mama, decyduje, żeby uciekać dalej. Tym razem celem naszego pielgrzymowania jest równie solidny budynek, kino Palladium na Złotej. Jedynym problemem jest przedostanie się na drugą stronę Marszałkowskiej. Szwaby mają pod obserwacją całą ulicę i walą do wszystkiego, co się rusza.
         Barykada pod ochroną której mamy przebiec na drugą stronę jest dość niska. Trzeba będzie mocno się pochylić. Ta Marszałkowska zrobiła się nagle bardzo szeroka. Pamiętam jeszcze sprzed wojny, jakie tu były zabawne reklamy. Jakiś kędzierzawy murzynek coś zachwalał, bardzo mi się to podobało. Ale kiedy to było! Tymczasem trzeba wybrać właściwy moment na przeskok. Tylko który to będzie? Ktoś z grupki ludzi oczekujących  na przeskok, startuje. Słychać serię z kaemu. Po odskakujących kawałkach płyt chodnikowych, z których między innymi skonstruowana jest barykada widać jak skutecznie będzie nas chronić. Udało się! Teraz my. Mama robi znak krzyża świętego, widzę jak porusza ustami. Bezgłośnie się modli. Teraz! Wyskakuję pod barykadę, niełatwo biec tak pochylonym. Kiedy dobiegam na drugą stronę, zdaję sobie sprawę, że z wrażenia nawet nie słyszałem, czy strzelają za mną. Po chwili padamy sobie w objęcia. Mama tuli mnie, cała szczęśliwa. 
         Jesteśmy w innym świecie. Ta część miasta jest jak raj. Nawet w oknach są szyby. Można spacerkiem iść do kina „Palladium" przed nami. Schodzimy w podziemia, a tam mnóstwo takich jak my, bezdomnych. Jest tu też jakaś jednostka A.K. Nastrój wspaniały. Chłopcy grają na pianinie i śpiewają patriotyczne pieśni. Mama organizuje jakieś krzesła, zestawia je razem, kładzie na nie warstwy falistej tektury. To będzie nasze łoże. Na jak długo? Widzę, jak ludzie zajmują się iskaniem wszy. Wkrótce i my zaczynamy z nimi walczyć. Są we włosach, w ubraniu. Jest za to spokój. Jak się wkrótce okaże, na razie.
       Powoli adaptujemy się do życia w obcym miejscu. Mama często się gdzieś urywa, pomaga przy odgruzowywaniu, innym razem pomaga w szpitalu, zabiega o jakieś jedzenie. Ja też nie mogę usiedzieć, ciągnie mnie do starszych chłopców roznoszących gazetki. Wkrótce akceptują mnie i przez jakiś czas roznoszę je codziennie razem z nimi. Pewnego dnia jeden z mych kolegów ginie na moich oczach, kilka kroków ode mnie. To było bardzo trudne przeżycie. Jednak na prawdziwą walkę jestem za „szczeniak". Chciałbym być łącznikiem, ale mama absolutnie się nie zgadza. Szukam poparcia podczas spowiedzi, ale nie znajduję go u księdza. Gdy dowiaduje się że jesteśmy z mamą tylko we dwoje, poleca mi się opiekować nią. Pewnego dnia udaje mi się wkręcić na seans powstańczych kronik filmowych. Oglądam,  jak niszczeje Warszawa . To już znam z autopsji, Oglądam jak dzielnie walczą nasi chłopcy. Niestety, urodziłem się trochę za późno, żeby być wśród nich. Innego dnia w kawiarni obok koncertuje Mieczysław Fogg. Ale tu już mnie nie wpuszczają. I to były jedyne chwile z innego wymiaru.  Już nie słychać ani Fogga, ani patriotycznych pieśni, jedynie „ryczące krowy", wycie nurkujących sztukasów, grzmoty artylerii i terkot broni maszynowej. Powoli Niemcy zaczynają dobierać się i do naszej dzielnicy. Coraz więcej ruin i pożarów. Już nie można tak bezkarnie poruszać się po ulicach. Nawet na  pobliskie ulice Jasną, czy Boduena, chodzi się już po gruzach. Na stopniach domu „Pod Orłem" leżą pokotem przykryte zwłoki poległych. Zaczyna płonąć „Palladium". Ustawia się wąż ludzi podających wiaderka z wodą. Po godzinie czuję już zmęczenie. Przyprowadzają niemieckich jeńców. To krzepiący widok. Niektórzy z nich mają popalone twarze. Zostali zbombardowani przez własnych lotników. Gasimy też PKO.  Wraz z innymi ludźmi ratujemy czyjś dobytek. Wynosimy z gorących już piwnic jakieś bele materiałów. Właściwie po co to komu? I tak wszystko zostanie stracone. Ale wówczas jeszcze tego nie wiedzieliśmy, jeszcze tliła się  nadzieja. Pewnej nocy gasimy inny pożar. Buchające płomienie stwarzają żar nie do wytrzymania a gęsty, gryzący dym nie pozwala oddychać. W dodatku gdzieś w pobliżu został rozwalony chyba jakiś skład win. Jego słodki zapach miesza się ze spalenizną i trupim odorem wydobywającym się spod gruzów. Do kina przychodzą jacyś oficerowie i proszą o pomoc w odbudowywaniu barykady w Alejach Jerozolimskich, którą szwaby ciągle rozwalali. Stanowiła one jedyne w Śródmieściu połączenie południowej części miasta z północną. Zgłaszamy się z mamą. Dostajemy wory, do których ładujemy gruz. Niektóre domy już się dopalają. W ich piwnicach tli się węgiel. Mimo, że pracujemy na powietrzu, wydobywający się czad utrudnia oddychanie. Jeszcze gorszym zagrożeniem są sztukasy. Latają nisko i ostrzeliwują nas z broni pokładowej. Ale trzeba wytrwać. 
         Każdy powrót do schronu zaczyna się od odwszawiania. Najpierw głowa, potem ubranie. Już nikt się tego nie krępuje, to powszechność. Wszyscy mają wszy. Byle jak najwięcej ich wytłuc. Ale jutro i tak będą nowe. Schron kina był miniaturą miasteczka. Tu się spało i jak było co, jadło. Tu przekazywano sobie  aktualne wieści z frontu powstańczego i tego zza Wisły. Tu się cierpiało i przeżywało coraz rzadsze chwile radości. Choćby odwiedziny. Dzięki poczcie harcerskiej nawiązaliśmy kontakt z wujostwem, którzy wkrótce do nas wpadli z garem wywaru końskiego z kawałkami mięsa. Było to pierwsze od opuszczenia Chłodnej „spotkanie" z mięsem. Dostaliśmy też list od cioci Dziuby Halikowej z zaproszeniem nas do siebie, na Wilczą. Jej syn, Tadeusz, dwa razy przychodził po nas, by nas tam przeprowadzić, ale mama na razie się nie zdecydowała. Zupełnym zaskoczeniem dla nas była wizyta Staszka Mamborta. Szukał nas na wszystkie strony i dopiął swego. Przyszedł ze swą siostrą, Janeczką, obładowani skarbami. Cukier, sok malinowy, kluski, ryż, kasza, maggi. Zapasy, które starczyły na jakiś czas, nie tylko dla nas.
Tu, w schronie życie się zaczynało i tu się kończyło. W tych ciężkich warunkach odbył się niejeden poród, a matki nie miały czym karmić swych niemowląt. Na podwórku powstał prowizoryczny cmentarz, na którym ciągle przybywało grobów. Tu powstała namiastka kościoła. Był udzielony ślub, sporadycznie można było wyspowiadać się i przyjąć komunię świętą. Tu też, pod koniec pobytu dopadło mnie zapalenie stawów. Brak leków i wycieńczony głodem organizm słabo się bronił.
         Niestety, zbliża się kres tej pozornej stabilizacji i iluzorycznego bezpieczeństwa. Szwaby coraz dokładniej „obrabiają" tę część Śródmieścia. Każdy przeżyty kolejny dzień jest dniem darowanym. Wszystko jest dziełem przypadku. W którym miejscu człowiek akurat się znajdzie, jak celowniczy ustawi działo, czy w którym momencie pilot sztukasa zwolni bombę. Czy się zginie od bezpośredniego trafienia czy odłamka, czy się spali w pożarze, czy od bomby zapalającej, czy też zostanie się przysypanym. Czekamy na wyrok. Przychodzi ksiądz przygotować nas do śmierci. Powszechna spowiedź. Chwila skupienia przy rachunku sumienia, wątpliwości, czy życzenie śmierci wszystkim szkopom jest grzechem? Odpuszczenie grzechów, symboliczna komunia święta. Jedna hostia uniesiona przez księdza do góry, błogosławieństwo, i to wszystko. Mamy przepustkę do raju, bo tu na razie jest piekło. Decydujemy się na przejście na Wilczą. Tak blisko, a tak daleko! I wcale nie łatwo. Pierwszeństwo ma wojsko, ranni, a dopiero potem cywilbanda. To oczywiste. A barykada, w której naprawie nie tak dawno z mamą uczestniczyliśmy, rozwalana jest nadal. Szkopy są idealnie wstrzelani, a amunicji mają dość. W oczekiwaniu na przejście koczujemy na ulicy Widok 7. W piwnicy tego domu, na wąskiej ławeczce, przyklejeni do wilgotnej ściany, przetrwamy trzy doby. Idealnie dla mego zapalenia stawów. Wreszcie można przeskoczyć. Głębokim przekopem, chronieni dodatkowo barykadą, przełazimy na drugą stronę. Byłem tak słaby, że mama miała ze mną spory kłopot, by mnie przeciągnąć. 
         I znowu inna, lepsza Warszawa. Mało zniszczeń, Krucza jak z innej planety. Domy całe, szyby też. Mama ciągnie mnie dalej. Hoża, ks. Skorupki, Wilcza. Na rogu z Marszałkowską ma swój zakład fotograficzny przyjaciel ojca, Felek (właśnie tak wszyscy się do niego zwracali) Krzemiński. Wstępujemy do niego. Kolejny cud. Okazuje się bowiem, że w jego mieszkaniu zorganizowany jest polowy szpital. Mam pomoc na miejscu. Jakieś proszki, zastrzyk, no i coś niebywałego, puszka soku pomarańczowego. Ze zrzutów. Taki rarytas podczas Powstania! Może czasem warto chorować? Wysoka temperatura spowodowała, że na jakiś czas utraciłem pamięć. Pamiętam tylko, że ktoś mnie niósł na rękach, a potem była już Wilcza 46, na rogu Poznańskiej. Melinujemy się u cioci Dziuby Halikowej. Jesteśmy przyjęci wspaniale. Mieszkanie cioci znajduje się na pierwszym piętrze, ale jest już częściowo rozwalone. Bomba lotnicza ścięła ścianę wraz z kuchnią. Gotowanie, jeśli w ogóle jest coś do ugotowania, odbywa się w piwnicy, co dla nas nie jest niczym nowym. Mieszkamy oczywiście też w piwnicy. Tu też ciasnota. Coraz większym problemem staje się jedzenie. Dostajemy suchary, a w pobliżu dziewczęta z WSK [Wojskowa Służba Kobiet] gotują żołnierzom posiłki. Co za zapach! Dostaję miskę kluszczanki. Jest gorąca, osolona, jakby gęstawa, a w niej pływa jeszcze parę nitek makaronu. To też coś. Pewnego dnia znajduję w gruzach apteki jakieś leki. Zanoszę je do szpitala i dostaję michę pełną gorącej kaszy. Jem do połowy, resztę zanoszę mamie. Myszkując po gruzach znajduję nadgniłego ziemniaka. Zanoszę go mamie z prośbą, by ugotowała. Zapomniałem już, jak taki rarytas smakuje. Ten nie był najlepszy. Podobno ludzie wyprawiają się na niedalekie Pola Mokotowskie. Są tam działki, na których można jeszcze znaleźć warzywa. Są tam pomidory, cebula, marchew, ziemniaki i inne wspaniałości. Ochotnikami są najwięksi desperaci, bo wyprawy w ten otwarty teren  są bardzo niebezpieczne. Nie wszyscy z nich wracają. Życie za marchewkę. Ale co mają zrobić matki, które nie mają czym karmić swych maleństw? Kiedy głód bardzo mi doskwiera, widzę te weki z kurczakami w sklarowanym maśle przygotowane przez mamę na czarną godzinę. Czarna godzina nadeszła, a kurczaki prawdopodobnie zostały pożarte przez jakiegoś kałmuka z brygady Kamińskiego, bo to oni niszczyli i plądrowali Chłodną. A my, co? Głodujemy. Brak wody jest jeszcze gorszy. Z wypraw na Pole Mokotowskie zrezygnowaliśmy, ale bez wody nie można żyć. Chodzimy po nią gdzieś w stronę Politechniki. Setki ludzi w kolejce po wodę, rozbiegających się co jakiś czas szukając schronienia przed powtarzającym się ostrzałem. Dookoła gruzy, więc z tym schronieniem też niełatwo. Niemcy wiedzieli, że tam jest masa ludzi, więc nie tylko ostrzeliwali teren z granatników, to jeszcze czasami pojawiały się sztukasy. Hydrant jest gdzieś daleko, w ruinach, a ludzie czerpią wodę z ciągnącego się gumowego węża. Jakiś kombinator przedziurawił wąż, by wodę mieć tuż, tuż. Zaraz ustawiła się do tej dziury „podklejka", a w ślad za pierwszą dziurką pojawiły się kolejne, aż w końcówce węża zabrakło wody. Chodziliśmy też w inne strony, gdzie tylko mieliśmy jakiś namiar. Wyprawa nie kończyła się wraz z nabraniem wody, trzeba było jeszcze ją w całości donieść do domu. To było o tyle trudne, że szło się po wysokich piramidach gruzu, trzeba było bardzo uważać by się nie potknąć, a do tego w każdej chwili trzeba było być przygotowanym na ostrzał, by w porę odskoczyć, lub skryć się.
         Z wielkim entuzjazmem powitaliśmy narastający pomruk ciężkich samolotów, które srebrzyły się wysoko na niebie. To nie luftwaffe. Oni tak wysoko nie latają. Sprawa się wyjaśniła, gdy od samolotów zaczęły odrywać się ciemne plamki, za którymi po sekundach otwierały się spadochrony. To nasi, to desant! Po chwili okazało się, że to zrzuty. Niestety, zbyt duża wysokość przy małych powierzchniach powstańczych terenów spowodowała, że większość zrzutów dostała się w ręce wroga. To był zrzut amerykański, angielskie, z udziałem polskich lotników były bardziej skuteczne. Zrzutowy spektakl odbywał się przy pełnej obsadzie widzów. Z piwnic wypełzli na podwórko nawet ci, którzy ich z zasady nie opuszczali. Między samolotami pojawiały się czarne obłoczki, to rozrywały się pociski niemieckiego „flaku" [obrony przeciwlotniczej]. Wkrótce samoloty znalazły się poza zasięgiem wzroku. Widowisko skończyło się  szybko. Kurtyna opadła, widzowie znikli w piwnicach, znikła też nadzieja.
         Rozpoczął się okres piwniczny. Spędzamy w nich coraz więcej czasu. Najgrubsze nawet mury starych piwnic nie są w stanie wygłuszyć tego, co się dzieje na zewnątrz. Trwa nieustająca kanonada artyleryjska. Liczymy czas, jaki upływa od ostatniego wybuchu najcięższego pocisku z działa kolejowego, To pozwala zorientować się, kiedy nastąpi następny wybuch. Jest to o tyle bezsensowne, że i tak w razie czego nic nas nie uchroni. A szwaby walą z regularnością szwajcarskiego zegarka. Nadsłuchujemy potężnego świstu nadlatującego pocisku, a potem grzmotu wybuchu. Czym głośniejszy, tym bliżej nastąpiła detonacja. A pociski te zmiatają wielkie kamienice do piwnic. Zdarza się, że po świście jest cisza. Nie ma wybuchu. To niewypał. Ludzie w piwnicy cieszą się, klaszcząc jak w teatrze. To na pewno nasz sabotaż, przecież w tamtych fabrykach pracują nasi, wywiezieni z łapanek na roboty - entuzjazmują się. Po chwili następuje kolejne oczekiwanie. Pociski trafiają coraz bliżej nas. Do piwnicy docierają też odgłosy szykowanej do oddania salwy „ryczącej krowy". To takie uprzedzenie nas, że zaraz dostaniemy łupnia. Są do wyboru pociski burzące lub zapalające, z tym, że to nie my wybieramy rodzaj amunicji i nie my wybieramy kierunek. Nam zostaje bierne oczekiwanie. Już nie ma gdzie uciekać. Przesiedzieliśmy w piwnicach czas, kiedy dom zaczął płonąć.
         Chyba były to bomby zapalające. Spłonęły trzy oficyny, pozostała ta, w piwnicach której siedzieliśmy, czekając do ostatniej chwili. W chwili bezpośredniego zagrożenia ogniem trzeba byłoby wyjść na ulicę. Ale co dalej? Wytrzymaliśmy żar  i brak tlenu i udało się. Nasilenie ostrzału było tak silne, że w czasie trzech dni w wypalone kikuty ścian Niemcy posłali nam jeszcze kilkadziesiąt pocisków z granatników. Nie do wiary, że ten dom jeszcze się trzyma. 
         Kapitulacja. Już  coraz częściej słyszało się o zakończeniu walk. Pozostał  niewielki kawałek wolnej Warszawy. Po kolei, począwszy od Ochoty i Woli padały kolejne dzielnice. Za Wisłą od dawna nie słychać armat. Nikt już nie liczy na jakąkolwiek pomoc. Cisza. To niesamowite, jak może być przejmująca. Nie wiadomo, płakać, czy się cieszyć. Płakać, bo wszystko stracone. Nadzieja na wolność i dorobek całego życia. Cieszyć się, bo nareszcie koniec tragedii. Miasto przestało istnieć. Jak wiele zmieniło się od euforii z pierwszych dni. I jak udało się przeżyć dwa miesiące bez dachu nad głową, bez zapewnionej strawy, prowadząc koczownicze życie przy stałym zagrożeniu? Nie sposób znaleźć odpowiedź. To chyba tylko dzięki przezorności Mamy, która wiedziona wręcz nadprzyrodzonym zmysłem zawsze odgadywała właściwy kierunek i cel naszej rajzy. No i dzięki szczęściu. Bez najmniejszego draśnięcia. A okazji było aż nadto. Jeszcze na Złotej, gdy staliśmy z kolegami na skwerku - cmentarzyku usłyszeliśmy „ryczącą krowę" . Padliśmy jak na komendę. W drzewo, pod którym stałem trzasnął odłamek. Innym razem niedaleko mnie przebiegał kolega. Dostał na moich oczach. Dookoła waliły się domy, grzebiąc ludzi. Wszystko płonęło, a nam nic. Ani mamie, ani mnie. Nawet cegła na głowę. Można powiedzieć, że niemożliwe.  
         Wpadł do nas Staszek. Niedbale usiadł na jakimś niewypale i oświadczył, że idzie z resztkami swego batalionu do niewoli. Trzykrotnie ranny, odwiedziliśmy go kiedyś w szpitalu na Mokotowskiej, trzymał się dzielnie, jak na chłopaka z „zastawy wolskiej" wypadało. Te parę odłamków blisko serca nosił w sobie jak swoistą pamiątkę do końca życia. 
         Niemcy dali rozkaz opuszczenia Warszawy przez wszystkich  mieszkańców. Niezastosowanie się groziło śmiercią. Do tego rodzaju kary wszyscy Warszawiacy przyzwyczaili się jeszcze podczas okupacji. Oni chyba nie znali innej kary. Mama rozważała jeszcze ukrycie się i przetrwanie, ale w  końcu uznała, że w naszej sytuacji bezdomnych i już osłabionych, jest to zbyt ryzykowne. Decyzja - wychodzimy. Można zabrać ze sobą tylko podręczny bagaż. My nawet takiego nie mamy. Przed wyjściem wielka niespodzianka.  Okazuje się, że nasi gospodarze trzymali ukryte gdzieś zapasy na czarną godzinę. Czarna godzina nadeszła i sezam się otworzył. Mąka pszenna i konserwy wieprzowe stworzyły wielki półmisek klusek opływających sosem i obłożonych mięsiwem. Panie gotowały w piwnicy, ale skoro nie ma już bombardowań, to postanowiono, że jeść będziemy w mieszkaniu, na piętrze. Mnie przypadł zaszczyt i obowiązek wniesienia półmiska na górę. Aromat tych specjałów bardzo dokuczliwie drażni mój wzrok i węch. Mam nieprzemożną ochotę uszczknąć choć troszkę, ale świadomość, że wszyscy są tak samo głodni jak i ja, że trzeba rozdzielić sprawiedliwie między wszystkich, zwycięża. Donoszę nietkniętą całość. Duma z mej uczciwości tkwi we mnie do dziś i nie sądzę, bym teraz zniósł taką próbę. Kluseczki liczy się przed nałożeniem ich na talerz, również mięso rozdziela się na równe porcje. Moja porcja znika z talerza migiem. To jakby świąteczny dzień. Nie dość, że taka wyżerka, to w dodatku jemy przy stole, na porcelanowych talerzach! Nie wiem, jakim cudem ocalał kredens, a w nim nietknięte talerze. Przez brakującą ścianę rozpościera się otwarty widok na ulicę, sąsiednie oficyny wypalone, a tu proszę, porcelana! Mama z dobrego serca chce mi oddać część swoje porcji. Początkowo się certolę, jednak dość szybko ulegam nęcącej propozycji. Pochłaniam wszystko. Na efekt nie trzeba było czekać zbyt długo. Zwijam się z bólu. Chyba niewiele brakowało, bym w tym głodującym mieście dostał skrętu kiszek i skonał z przejedzenia. Tego by mi nie podarował sam Gargantua. Ale może przeszedłbym do historii, niezbyt chlubnie, prawdę mówiąc.
         Przed wyjściem oglądamy resztki gościnnego domu oraz okoliczne ulice. Najbardziej zaskakujące wrażenie robi na mnie widok ulicy ks. Skorupki. Jeszcze parę dni temu, choć potrzaskana, była ulicą. Teraz jest to tylko kupa gruzu. Nie ma śladu jezdni, czy chodników, sama piramida gruzu. Wszystko dokoła wygląda podobnie. Zagłada totalna. Mimo, że od tego czasu upłynęło ponad 60 lat, mam to nadal przed oczami. 
         Po dwóch miesiącach powstańczej tułaczki przed nami kolejny jej etap. Kierują nas na Dworzec Zachodni. Po drodze mijamy przedstawicieli herrenvolku, rasy panów, uzbrojonych po zęby, niosących nowy ład w Europie. To ci nadludzie, rzeźnicy, którzy mordowali bezbronną ludność cywilną, bez względu na wiek i płeć, gwałcili i palili żywcem. Teraz widzimy ich z bliska. Na ulicach okupowanej Warszawy wzbudzali strach i nienawiść. Teraz tylko nienawiść. Poganiają nas jak bydło. Wokół gruzy, pogorzeliska. Już poza centrum miasta mijamy nieuprzętnięte czyjeś zwłoki. Na nogach saperki, panterka. Leży na boku, wciśnięty twarzą w ziemię. Ciało już w rozkładzie. Z jednego oczodołu wypełza glista. To już ostatnie zwłoki tego czasu. Widziałem podczas Powstania wiele trupów, ale ten najbardziej pozostał w mej pamięci. Powoli docieramy do dworca. Zaskoczenie. Czeka nas podróż w osobowych wagonach. Po drodze mijamy znane nam z częstych wyjazdów do Otrębus, stacje. Ludzie na peronach stoją z prowiantem. Jedni dzielą się z nami tym, co mają, nieliczni chcą pieniędzy. Ktoś wrzuca przez okno chleb. Przypadkiem trafia mnie w twarz. Łapię skwapliwe bochenek, łzy ciekną mi po policzkach. Mama myśli, że to a bólu, ale to nie to. To obok radości efekt wzruszenia, lub wstydu. Pierwszy raz przyjmuję od kogoś taki dar. To jakby jałmużna.

 Wstecz...


 
Materiały dodatkowe
         
 
search szukaj
 
   

Copyright © Muzeum Warszawy :: 2007

   
  Projekt jest realizowany przez Muzeum Warszawy we współpracy z Archiwum Państwowym m. st. Warszawy oraz niemiecką fundację Stiftung Niedersachsische Gedenkstatten