Informacje o projekcie  |  Informacje o uczestnikach projektu  |  Aktualności  |  Sponsorzy  |  Kontakt  | 
         

search szukaj
 

Relacja Wojciecha Prośniewskiego


      Drabiniastym wozem dojeżdżamy do wsi Małusy Małe na terenie gminy Wancerzów. Gospodarze starają się podzielić z nami swoją biedą. Zaraz pierwszego dnia popełniam pierwszą kradzież w życiu. Sięgam po leżącą na parapecie cebulę i jem ją jak jabłko. Codziennie staramy się pomóc w gospodarstwie, przede wszystkim przy zbieraniu ziemniaków. W innych zagrodach też są warszawiacy. Szczęśliwi ci, którzy pozostali do kapitulacji we własnych mieszkaniach. Mogli zabrać ze sobą jakieś cieplejsze rzeczy, podczas gdy my w upalnym sierpniu uciekaliśmy w tym, co mieliśmy na sobie i teraz to tylko mamy. Mama nawiązuje kontakt z byłym żołnierzem, obrońcą  Warszawy, Adolfem Ferdynem. Leżał ranny w Szpitalu Ujazdowskim na sali, którą opiekowała się mama wraz z innymi paniami. Dowoziły codziennie konwie gorącej zupy. Po wyjściu ze szpitala utrzymywał z nami kontakt aż do śmierci mamy w 1979 roku. Mieszka w Rogoźniku koło Będzina. Teraz te tereny należą do Rzeszy. Chce nas ściągnąć do siebie, pisze, że przejdziemy przez zieloną granicę, ale mama obawia się ryzyka. Woli uniknąć dostania się z powrotem w niemieckie łapy. Dowiedzieliśmy się, że w pobliskiej Częstochowie jest dużo wygnańców z Warszawy. Spróbujemy dołączyć do nich. Żegnamy się naszymi gospodarzami, Walerianem Chwałą i Janem Mermerem oraz ich rodzinami, u których spędziliśmy blisko miesiąc, dziękując za okazane serce. 1. listopada wyruszamy wozem do Częstochowy. 
         Poszukujemy schronienia i jakaś pani daje nam adres. Trafiamy do mieszkania, w którym przebywa już wielu ludzi. W pokoju, do którego nas przyjmują, koczuje ponad dziesięć osób. Pod blatem dużego, krawieckiego chyba stołu jest obszerna półka. Tu będzie moja sypialnia. Obok mnie ma miejsce chłopak niewiele starszy ode mnie. To miejsce służy nam tylko parę dni. Wkrótce mama znajduje stałe locum. Mieszkamy u pani Respondek. Mama pracuje w jej domu, sprząta, gotuje, ja natomiast pomagam w jej sklepie z częściami rowerowymi, karbidówkami, oraz innym żelastwem. Jestem adeptem subiekta. Ważę karbid, pakuję towar (po paru dniach wychodzą mi całkiem przyzwoite paczki), a czasami targam na plecach worek z karbidówkami z odległego warsztatu . To już nie przelewki. Mama nawiązuje kontakt z Basią [moją siostrą] pozostającą nadal w Złotokłosie, gdzie spędzała wakacje. Myśli o połączeniu rodziny, ale na razie nie może sprowadzać do Częstochowy jeszcze jednej osoby. Rzeczywiście Częstochowa pełna jest warszawiaków. Spotykamy sporo znajomych, między innymi pp. Pawliszewskich, Buchcarów, oraz zaprzyjaźnioną od lat z naszą rodziną dr Żebrowską, zajmującą się nami od urodzenia.  Wszyscy, podobnie jak i my marzymy o powrocie do Warszawy, choćby zobaczyć gruzy, ale nie mamy wstępu. Warszawa - miasto dla nas zamknięte. Spędzamy jeszcze święta Bożego Narodzenia w Częstochowie i po Nowy Roku mama rusza po Basię. Ja zostaję sam, przejmując po mamie część obowiązków. Najpierw napalenie w piecach, a dopiero potem do sklepu. Rzadkim gościem w domu jest córka gospodyni. Często znika na parę dni, a potem dzieli się wiadomościami, głównie z frontu. Niewątpliwie ma kontakty z partyzantką. Jest w wieku mojej siostry, Danusi. Nawiązuje się między nami coś w rodzaju cichego porozumienia. Ona dobrze wie, co się działo w Warszawie, tak podczas okupacji, jak i Powstania. Tymczasem budzi się z uśpienia Armia Czerwona. Szkoda, że nie parę miesięcy wcześniej. Zaczynają się krótkie walki o Częstochowę, Niemcy szybko wycofują się. Po warszawskich walkach to dla mnie niewielkie przeżycie. Wychodzę na miasto. Spotykam pierwszych krasnoarmiejców, o których tyle naczytałem się podczas okupacji w zbieranych przez ojca pismach wojskowych. Na mieście minimalne zniszczenia, na Rynku spalony ruski czołg, a na nim spalone zwłoki czołgisty. Chyba nie zdążył się wydostać, tkwi nogami we włazie. Przyglądam się z zaciekawieniem lichemu umundurowaniu ich wojska. Parę ulic dalej obserwuję sołdata uczącego się jeździć na zdobycznym zapewne rowerze. Ma włączony na kierownicy reflektorek. Jest biały dzień, zapewne nie wie, jak wyłączyć dynamo. U moich gospodarzy kwateruje jakiś major Armii Czerwonej. Gdy poznał moje losy, zapałał do mnie sympatią. Okazuje się, że w domu zostawił syna w moim wieku. Prowadzi mnie do niemieckich magazynów. Mogę sobie wybierać, co zechcę. W ten sposób dochodzę do pierwszego powojennego, własnego dobytku. Fajansowe talerze, kubki, dzban i inne dobra, ciężkie jak diabli. I co najważniejsze - wielki płat skóry na zelówki. To rarytas. Przynoszę też do domu w sporych ilościach damskie świecidełka, czyli sztuczną biżuterię, notesy, ołówki i inne na pozór zbędne drobiazgi. Przez parę dni chodzę na zaimprowizowany na wiadukcie kolejowym nad Aleją Najświętszej Marii Panny, bazar. Świecidełka idą jak woda, wkrótce już ich nie mam. Trochę dłużej handluję pozostałym szabrem. Ale wszystko upycham. Mam już na stanie spory jak na mnie, plik pieniążków. Będzie czym powitać mamę i Basię. Teraz, po przejściu frontu sklep powoli zaczyna pracować, a więc mam zajęcie. Najgorszy jest brak wiadomości od mych pań, bo i też nie może być, bo jesteśmy po obu stronach frontu. Pozostaje czekać aż do skutku. No i w końcu doczekałem się.
         To, co opowiadają, jest przerażające. Zaraz po wycofaniu Niemców, w trzaskające mrozy zimy 1944-1945 roku wyruszyły do mnie. Nie było jeszcze żadnego transportu. Pieszo, często schodząc z drogi by uniknąć spotkania z maruderami, czasem jakimś wojskowym samochodem, byle do przodu. W lasach napotykały zamarznięte grupki przytulonych do siebie plecami niemieckich żołnierzy, gdzie indziej leżeli zamarznięci na pozycjach strzeleckich. Początkowy bały się, nie wiedziały, że to już trupy. Były w stałym zagrożeniu ze strony pijanych sołdatów. Wiedziały, co może grozić z ich strony kobietom. A Basia zaczynała dopiero 15 lat. Spały we wsiach, karmiąc się tym, co dobrzy ludzie dali. Ta wyjątkowa pielgrzymka do Częstochowy w mrozie i o głodzie trwała dziesięć dni.         Po paru dniach odpoczynku żegnamy się z gospodarzami, dziękując za trzy miesiące przechowywania. Nasz wyszabrowany dobytek ładujemy do trzech mocnych worów i jakimiś sznurami i paskami przywiązujemy sobie do pleców. W drogę. Na dworcu dowiadujemy się, że dzisiaj na pewno będzie pociąg do Warszawy. Musimy wyglądać nie najlepiej, bo napotkany kolejarz ulitował się nad nami i załatwił nam miejsce w wagonie. Ścisk niewyobrażalny, ludzie jadą na stopniach, na zderzakach, a nawet na dachu, a my mamy siedzące miejsca. Po wielu godzinach docieramy do Warszawy.

 Wstecz...


 
Materiały dodatkowe
         
 
search szukaj
 
   

Copyright © Muzeum Warszawy :: 2007

   
  Projekt jest realizowany przez Muzeum Warszawy we współpracy z Archiwum Państwowym m. st. Warszawy oraz niemiecką fundację Stiftung Niedersachsische Gedenkstatten