Informacje o projekcie  |  Informacje o uczestnikach projektu  |  Aktualności  |  Sponsorzy  |  Kontakt  | 
         

search szukaj
 

Relacja Wojciecha Prośniewskiego


         Poprzez most pontonowy docieramy na Dworzec Wschodni. Jest jakiś ruski skład składający się wyłącznie z lor. Mama pamięta trochę rosyjski jeszcze z czasów szkolnych, pod ruskim zaborem i dowiaduje się, że możemy zabrać się z nimi. Jadą przez Otwock i na pewno tam się zatrzymają. Ładujemy się na platformy wraz z naszym bagażem. Jest piękny, słoneczny dzień, ale w związku z tym mróz przybrał na sile. Wiatr również daje się we znaki. Całe szczęście, że to nie jest pociąg pośpieszny, ale i przy tej małej szybkości czujemy się jak na Syberii. Chyba jednak tam nie jedziemy. Po pewnym czasie okazuje się, że w kierunku Otwocka też nie jedziemy. Nasz eszelon skręca bardziej ku zachodowi. To może na Berlin? Bardziej sprawni wędrowcy, bo przecież nie jesteśmy sami, takich ochotników jest więcej, wyskakują turlając się do rowu. My przerażeni, wraz z naszym „cennym dobytkiem" jedziemy dalej. Bogu dzięki nie za daleko, bo zatrzymujemy się na stacji Zielonka. Czym prędzej oddalamy się od pechowego pociągu. Wory na plecy i marsz na Otwock. To chyba będzie ze 30 kilometrów. Pytamy o kierunek, zresztą to pytanie będziemy zadawać często, byleby nie pójść w złym kierunku. Mróz daje się we znaki, sznury wpijają się w plecy, wory ciążą. Te gliniane naczynia ważą strasznie dużo, a wielki rulon skóry też nie jest lekki. Na drodze pusto, ani furki. Trzeba per pedes. Dzień jest krótki, więc wykorzystujemy pierwszą ewentualną okazję do zanocowania. Trafiamy pod dach klasztoru. Zakonnice przyjmują nas i częstują kolacją. Normalny chleb z normalnym masłem i do tego kawa zbożowa z mlekiem. Niezapomniany smak! Następnego dnia, raniutko, znowu wory na plecy, zakonnice błogosławią nas na drogę. Znowu mróz, znowu śnieg, znowu straszny trud drogi. Późnym popołudniem docieramy do Otwocka. Zaskoczenie, łzy, radość. Jesteśmy prawie w domu. Ale to jeszcze nie nasz dom, to jeszcze nie koniec wędrówki
         Właśnie tam, w Otwocku, świętujemy koniec wojny. Gdyby jeszcze nie było na ulicach tylu sołdatów! Zewsząd docierają do nas wezwania: Jedźcie na Ziemie Zachodnie. W Warszawie nie ma gdzie się zaczepić. Jesteśmy bez domu, bez środków do życia. Wszystko trzeba zaczynać od nowa. Jesteśmy w stałym kontakcie z panem Adolfem, który zawsze podkreśla swoje oddanie i wdzięczność za pomoc udzieloną w Szpitalu Ujazdowskim. Namawia nas do przyjazdu na Śląsk. Mama rusza na zwiady. Wkrótce dostajemy list z adresem zwrotnym Beuthen, O/S, Kupperstrasse 2. Jeszcze nie zmieniono nazewnictwa na polski. W Bytomiu dostała mieszkanie i stara się otworzyć zakład fotograficzny. Mamy do niej przyjechać. Ja wyruszam pierwszy, Basia na razie pozostaje w Otwocku. Wujek z ciocią pakują mnie na drogę. Do małej walizki wkładają kawał wędzonej słoniny, jakieś inne dobra, no i niewielką, ale jakże wówczas cenną kwotę dolarów. Na szczęście niewielką, bo już w Warszawie zdążyli mnie okraść. Aby dostać się z Dworca Wschodniego na Zachodni, trzeba było skorzystać z jazdy „na łebka". Te ciężarówki o wysokich burtach były jedynym środkiem komunikacyjnym w stolicy. Ktoś pomagał mi wciągnąć się na górę lekko przyduszając gardło, ktoś stojący na ulicy wyszarpnął z ręki walizkę, ciężarówka ruszyła i zanim złapałem oddech, było po wszystkim. 
         Byłem przerażony, w Bytomiu na ulicach panował powszechnie znienawidzony język niemiecki. Rozpocząłem kontynuację nauki. Do jednej klasy chodzili chłopcy w różnym wieku. Czasem różnice te dochodziły do sześciu lat. Mieliśmy w klasie umundurowanego syna pułku. Po skończeniu w Warszawie czterech klas szkoły powszechnej przyjęto mnie do gimnazjum, do klasy przygotowawczej, po roku zdałem do wstępnej, by potem przejść do wyrównawczej. A może była to inna kolejność, ale tak się właśnie nazywały. Na dobrą sprawę sam nie wiedziałem, do której klasy właściwie chodzę, która nazwa odpowiada której klasie. W każdym bądź razie po trzech latach edukacji gimnazjalnej przeniosłem się do Liceum Fotograficznego w Katowicach.
          Przez cały czas mama poszukuje śladów Danusi. Jeszcze podczas pobytu w Otwocku, w lutym 1945 byłem z mamą w Alei Szucha. Oglądaliśmy słynne „tramwaje", oraz cele. W niektórych były jeszcze ciemne ślady krwi. Czytaliśmy na ścianach wydrapane nazwiska, daty, fragmenty wierszy. Znaleźliśmy tylko datę 19 stycznia 1944, dzień jej aresztowania, a obok nazwisko dozorcy domu, z którego ją zabrano. Czy w ten sposób chciała dać znać kto „sypnął", czy to może przypadek? Szukaliśmy przez Polski i Międzynarodowy Czerwony Krzyż. Na zachodzie szukał Staszek Mambort, też bez skutku. Dopiero praca profesora Władysława Bartoszewskiego „Warszawski Pierścień Śmierci" wyjaśniła dalsze jej losy. 
          Lata spędzone w gimnazjum to przede wszystkim harcerstwo, które do dziś wspominam jako wspaniałą szkołę charakteru. Życia może też, ale tę zaliczyłem raczej podczas okupacji i Powstania. W harcerstwie poznałem wspaniałych ludzi, nie tylko w moim wieku, ale również dorosłych, „starych" skautów. To oni nadawali ton. Wszyscy byliśmy zdecydowanie przeciwko nowej władzy. Większość pochodziła z Kresów, więc z własnych doświadczeń wiedzieli jaki będzie los kraju. Kontynuowaliśmy tradycje wypisując na domach różne nieprawomyślne teksty w rodzaju: Bierzcie czasy i rowery, idźcie z Polski do cholery, lub śpiewając tego rodzaju teksty. Ale zaczynało być coraz mniej zabawnie. W 1946 roku kazano harcerstwu wziąć udział w pochodzie pierwszomajowym. Komendant Hufca początkowo odmówił, ale wytargował kompromis. Będzie pochód trzeciomajowy z udziałem harcerzy. I w ten sposób wzięliśmy udział w święcie 1. maja, ale kiedy 3. maja wszystkie bytomskie drużyny uformowały się do defilady, milicja zaczęła nas rozpędzać. Skutek tego był taki, że nikłe jeszcze wtedy siły MO musiały rejterować przed harcerską masą, w której rej wodzili wspaniali i bitni „ta-jojki", czyli brać ze wschodu. Lwów, Stanisławów, Tarnopol, tam były ich korzenie.  I to nam MO zapamiętała. Następnego roku, chyba to było na powitanie wiosny, mieliśmy ognisko w okolicznej Dąbrowie Miejskiej. I jak to przy ognisku, były śpiewy i na pewno nie wszystkimi tekstami władza byłaby zachwycona. Kiedy szykiem wracaliśmy do miasta, już na przedmieściach, ktoś jadący na rowerze ostrzegł nas, że milicja zbiera się po nas. Rozproszyliśmy się gdzie się dało i kiedy parę ciężarówek przejechało, już grupkami rozeszliśmy się po domach. Tuż przed wyjazdem na obóz harcerski,  (a zarabialiśmy na obozy statystując w Operze Śląskiej), na początku lipca, około 5. rano usłyszeliśmy dzwonek do drzwi. Mama poszła otworzyć i do środka wtargnęło dwóch drabów po cywilu. Gęby takie, że mogły im służyć za ubeckie legitymacje. Kazali mi się szybko ubierać i wyprowadzili mnie z domu. Ale mimo, że ulice były jeszcze pustawe, utworzyli dziwny szyk. Przodem szedł jeden, potem ja, a pochód zamykał ten drugi. Dla ewentualnych widzów niewinny pochodzik. Myślałem, że idziemy na posterunek milicji, ale niestety, minęliśmy go i w tym szyku doszliśmy do gmachu UB. Tam przesłuchanie ze wszystkimi rekwizytami, ale bez bicia. Zabawa „tetetką", straszenie, wypisywanie żółtego formularza (skierowanie do aresztu), wyciąganie z butów sznurówek, a wszystko po to, by dowiedzieć się, kto był na ognisku w Dąbrowie, jakby nie mieli dokładnych spisów wszystkich członków drużyn wchodzących w skład bytomskiego hufca, co śpiewano itd. Kiedy znudzeni moim stałym powtarzaniem, że cała drużyna a i inne też, zaprowadzili mnie na poddasze i zamknęli drzwi na klucz. Upał, chciałem napić się wody, bo a jakże, jest umywalka, kran, tylko, że wody nie ma. W oknach kraty „w trosce" o życie aresztantów. Mija godzina za godziną, nad głową mam rozpalony dach, a przed wyprowadzeniem z domu nie pozwolono mi napić się nawet łyka herbaty. Po południu zrobiło się nieco chłodniej, ale pragnienie dokucza. Pocieszam się, że w czasie Powstania było gorzej i się przeżyło. Wreszcie przed wieczorem sprowadzili mnie z powrotem na przesłuchanie. Wszystko od nowa, od życiorysu. W końcu dali za wygraną, oddali sznurówki, pasek i kazali podpisać zobowiązanie, że nigdy nikomu nie powiem, że tu byłem i o co mnie pytano, co z radością podpisałem. Z dzisiejszego punktu widzenia chyba oceniono by mnie jako TW. Przecież podpisałem papiery!
          Nadszedł 1948 rok i zaczęła się oficjalna likwidacja ZHP. Jeszcze ostatni obóz harcerski w Żegiestowie pod hasłem Harcerska Służba Polsce, na którym regulowaliśmy Poprad. Choć staraliśmy się, jak na harcerzy przystało, efekt był absolutnie żaden. Jak można ręcznie, bez żadnego sprzętu wyregulować górską rzekę? Staliśmy godzinami w nurcie tak bystrym, że nieraz czuliśmy na kostkach niesione z prądem co mniejsze kamienie. My swoje, otoczaki swoje. Teraz myślę, że był to jakiś pierwowzór późniejszych czynów społecznych. Coś totalnie absurdalnego.
        Mama tymczasem walczyła z urzędami, a urzędy z mamą, no bo przecież prywatna inicjatywa to fe, w ustroju budującym świetlaną przyszłość to zakała. Wymiary, domiary, kontrole, to stałe elementy gry. Nawet po jej śmierci nie obyło się bez interwencji. W nekrologach prasowych cenzura zakwestionowała wydrukowanie nadanych jej przez Londyn za działalność konspiracyjną  Krzyża Armii Krajowej i Medalu Wojska. Komplet odznaczeń wydrukowała na klepsydrach tylko zaprzyjaźniona drukarnia. 
         Skończyło się harcerstwo, skończyło się dzieciństwo, jakie by nie było, ale jednak. Rozpoczął się nowy, też niełatwy czas.

 Wstecz...


 
Materiały dodatkowe
         
 
search szukaj
 
   

Copyright © Muzeum Warszawy :: 2007

   
  Projekt jest realizowany przez Muzeum Warszawy we współpracy z Archiwum Państwowym m. st. Warszawy oraz niemiecką fundację Stiftung Niedersachsische Gedenkstatten