Informacje o projekcie  |  Informacje o uczestnikach projektu  |  Aktualności  |  Sponsorzy  |  Kontakt  | 
         

search szukaj
 

Relacja Krystyny Łopatek z d. Gieysztor


foto

  WYWIAD Z KRYSTYNĄ ŁOPATEK z d. GIEYSZTOR

ur. 22.02.1930 r. w Kielcach
W czasie okupacji mieszkała w al. Wojska Polskiego 29 na Żoliborzu; harcerka zastępu „Orlęta" Grupy Wykonawczej przy Głównej Kwaterze Szarych Szeregów „Pasiece". Podczas Powstania Warszawskiego była kolporterką prasy, listonoszem Harcerskiej Poczty Polowej i łączniczką Batalionu „Ostoja".
Warszawa, 04.03.2013 r.
Rozmawiał: Julian Borkowski

     Lwowska to ostatni tydzień mojego pobytu; tragiczny tydzień, ponieważ chodziło się w większości piwnicami. W piwnicach porobiono dziury w murach między jedną a drugą kamienicą. W ten sposób można było nimi przejść pół ulicy. Te dziury znajdowały się na różnej wysokości. Zdarzało się, że brakowało bateryjek do latarek i trzeba było po ciemku tam chodzić. Macało się ściany głową, szukając dziury i ja sobie ją starłam. Zrobiło mi się zakażenie. Miałam ropne zapalenie skóry na głowie. Zgolili mi wszystkie włosy. Porobiły się ropnie potworne. Nosiłam taki turban wykonany z koszuli. Miałam straszną gorączkę i czułam się bardzo chora i bardzo wycieńczona. Przyszła właścicielka tego mieszkania, powiedziała, że jest zawieszenie broni i ma być podpisana kapitulacja. Powstanie się skończyło. Powiedziała mi, że jest rozkaz „Montera" [gen. Antoniego Chruściela], że dowolne mają wyjście wszyscy ci, co chcą wyjść jako cywile albo z oddziałem. Pierwsza decyzja, jaką miałam w głowie, to iść na Żoliborz do mamy.
Wrócić do tego mieszkania.
    
I tak poszłam. Nagle okazało się, że mogę chodzić, podniosły mnie nerwy.
Jak wyglądała ta nieudana próba dotarcia do mamy?
    
To było zupełnie tragiczne. Po pierwsze zobaczyłam jak strasznie zniszczona jest Warszawa. Szłam Marszałkowską do Ogrodu Saskiego. W Ogrodzie Saskim stali Niemcy. Front był na linii Królewskiej. Mieliśmy przejść tę Królewską w grupce kilku osób. To nam się udało i jakoś nas puścili. Jak weszliśmy w Ogród Saski, to zatrzymał mnie jakiś patrol i przyczepili się do mojej kurtki. Niemiec mnie za kurtkę szarpał i krzyczał: „Banditen! Banditen! Barikaden! Pif! paf!", to pamiętam z tej całej przemowy, bo mi na migi i jakimiś urywanymi słowami tłumaczył. Ja wyrecytowałam swoją przygotowaną mowę, po rocznym uczeniu się języka niemieckiego, że: „Meine kranke Mutter (Moja chora mama) nach Żoliborz idę", żeby mnie puścili, a on tę kurtkę poznał. Pamiętam, że kurtka nie była wojskowa, rozdawali je nam powstańcom, bo się zimno zrobiło, a nie miałam nic ciepłego. Była ona ciemnoszara z magazynów niemieckich. Ten Szwab wiedział, że powstańcy takie kurtki nosili. Jak on do mnie powiedział: „Barikaden! Pif! paf!", to ja dostałam jakiegoś nerwowego śmiechu. Jego to strasznie zezłościło. Trzepnął mnie w głowę, przy czym na szczęście poleciałam na drzewo. Miałam oparcie, więc nie przewróciłam się, ale zjechał mi z głowy ten turban z ropą. Jak on to zobaczył, to odskoczył, bo Niemcy okropnie brzydzili się takich rzeczy i bali się zarażenia, że wszy ich oblezą. Łaziły po tym wszy niesamowite. Niemiec dał mi takiego kałmuka ze skośnymi oczami, małego i kazał prowadzić do „Komandir Platz" [Komendy Placu]. Szliśmy przez Ogród Saski i pamiętam, że cały czas się modliłam, żeby mnie od razu zabili i żeby mnie nie bili. Ja sobie wyobraziłam, że mogą chcieć ode mnie jakieś zeznania. Wezwą mnie na przesłuchanie, a ja tego nie wytrzymam i powiem coś. Byłam potwornie przerażona tym i dlatego śmierć mi się wydała wybawieniem. Tak doszłam do Elektoralnej. Na Elektoralnej była brama, w której stał wartownik. Przeszliśmy tę bramę. Tam było takie podwórko i tam zastałam taką sytuację, że stała gromada ludzi, co najmniej 20-30 osób, cywilów z tobołami na wyjście z Warszawy, a oddzielnie stała jakaś grupka chyba powstańców, bo młodych mężczyzn. Mnie pchnęli do tych ludzi. Ten kałmuk wszedł do kamienicy, w której mieściła się ta komendantura. W końcu wyszło kilku Niemców w mundurach, z karabinem maszynowym na stojakach. Postawili ten karabin i ustawili tych chłopców i mnie w szeregu, a ci ludzie, cywile stali obok. Ja patrzę, że od razu nas zastrzelą, więc nie będą mnie bili i tylko trzeba do końca zachować jakąś postawę, nie można się rozryczeć, czy okazać strachu, bo teraz to już tylko to było mało ważne. To jest chwila, którą można wytrzymać. W pewnym momencie kazali się odwrócić tyłem, a ja ku swojemu przerażeniu poczułam, że nie mogę się odwrócić, mając tak wrośnięte ze strachu nogi w ziemię.
Chciała Pani widzieć tę egzekucję?
    
Ja miałam od dzieciństwa coś takiego, że jak zastrzyk mi robili, pielęgniarka kazała mi odwrócić głowę, a ja nie chciałam. Musiałam zawsze patrzeć, co to będzie? I tutaj miałam takie same poczucie, że jak się odwrócę, to coś się złego stanie, a ja muszę patrzeć. Po tym rocznym uczeniu niemieckiego powiedziałam Niemcom: „Ich bin vierzehn Jahre alt (mam 14 lat)" i zabrakło mi słowa, „ja chcę patrzeć" - powiedziałam po polsku i stałam taka wrośnięta. Wtedy ci Niemcy zaczęli między sobą szwargotać i jeden taki starszy wiekiem sierżant chyba podszedł do mnie, wziął mnie za rękę, wyciągnął mnie z tego szeregu i mnie pchnął do tych ludzi z tobołami. W ten sposób uratowałam sobie życie. Padłam na jakąś starszą kobietę, bardzo tęgą, z takim tęgim biustem, bo pamiętam, że jak w poduszkę tak się przewróciłam na nią. Ona mnie objęła i mówi: „Och ty dzielne dziecko!". Ja wtedy pomyślałam sobie, co ona opowiada, jakie dzielne? Przecież ja nie odwróciłam się ze strachu. Wkrótce po tym zajściu starszy Niemiec powiedział: „ustawiać się i iść za mną" i nas wyprowadzili z tego podwórka, a ci stali dalej tyłem z rękami za głową do rozstrzelania. Chodziłam tam po wojnie po tej Elektoralnej, bo tam troszkę kamienic zostało. Szukałam, czy tam jest jakaś tablica upamiętniająca to rozstrzelanie? Ale nie było nic.
Czy to były początkowe numery ulicy Elektoralnej?
    
Jak się wychodzi z Ogrodu Saskiego, z placu Bankowego w lewo, Elektoralną parę domów dalej. I od tego momentu zaczęło się wypędzenie z Warszawy?
     Popędzili nas tak, że dostaliśmy się na Wolę. Wpędzili nas do kościoła św. Wojciecha z wysoką wieżą. Tam się mrok zrobił. Jak myśmy dochodzili do tego kościoła, to na Woli dogasały różne pożary. Pamiętam, że ludzie w tej kolumnie mówili: „o Boże, to idziemy na Wolę, a tam palą ludzi". Nie wiedziałam, co to znaczy? Dlaczego palą? Ktoś mówił, że Niemcy rozstrzeliwali ludzi na Woli, że idziemy w złym kierunku, bo tam nic nas dobrego nie spotka. Tak między sobą ludzie opowiadali. Ja byłam potwornie zmęczona i miałam chyba bardzo silną gorączkę. Doszliśmy do tego kościoła. W kościele pełno ludzi, wszystkie ławki, konfesjonały zajęte, a nawet pod ścianami na podłodze było to samo. Myślę sobie, Boże mój, nie ma, gdzie usiąść, a ja już nie mogę, lecę z nóg. Tak przechodziłam koło ławek takich dużych, co stały jedna za drugą i patrzę, że w jednej z nich jest jakoś tak luźniej. Niewiele nawet myśląc, że mi się to uda, bo przecież tylu ludzi leży na podłodze, podchodzę do tej ławki i mówię: „może by się Pani trochę posunęła, bo ja jestem tak strasznie zmęczona" i na to słyszę: „Jezus, Mario, przecież to Krysia!". A to była bratowa mojej mamy z Żoliborza.
Jak się nazywała?
    
Zofia Ryttlowa, żona wuja z Katynia i matka Jaśki i Andrzeja, którzy brali udział w Powstaniu.
A ten wuj jak się nazywał?
    
Wuj nazywał się Wacław Ryttel i zginął w Katyniu. Jest tam upamiętniony. On nie był oficerem zawodowym. Brał udział jako legionista w I wojnie światowej, a zawodu był inżynierem architektem i został powołany w 1939 roku do wojska.
I wtenczas nastąpiło nieoczekiwane spotkanie z Panią Zofią?
    
Tak jest. Zofia Ryttlowa to była ciotka. Mieszkała na Żoliborzu na Dygasińskiego. Miała domek z ogrodem. Ja nagle znalazłam opiekę, a przecież nie miałam zupełnie żadnego dokumentu. Ciotka oczywiście się posunęła w tej ławce i usiadłam. Tam spędziliśmy noc, a rano nas popędzili na Dworzec Zachodni do pociągu towarowego. Pamiętam taką historię, że na tym Dworcu Zachodnim puszczali nas na przełaj. Był jakiś nasyp, tak, że pod górkę musieliśmy się piąć i na bocznicy stał wojskowy pociąg niemiecki sanitarny i w oknach widziałam sanitariuszki. Pamiętam sanitariuszkę, która tak do połowy wychylona, patrzyła na ten nasz tłum potwornie wykończony. Zobaczyłam, że ona ma łzy w oczach, jak patrzy na to. Ja nie mogłam zrozumieć, że Niemka mogła się litować nad Polakami. Po okupacji dla mnie to było mało zrozumiałe. W pewnym momencie zaczęła wyrzucać nam chleby. Jeden chleb padł dosłownie mnie pod nogi, więc go podniosłam i z takimi mieszanymi uczuciami, co ja mam zrobić? Czułam się strasznie głodna, a w dodatku była ciotka i Witek Ryttel, młodszy mój brat cioteczny, więc ten chleb to był skarb.
Ile miał wówczas lat?
    
Jest ode mnie półtora roku młodszy. Andrzej i Jaśka poszli z wojskiem do niewoli.
I było to mieszane uczucie, co z tym chlebem zrobić?
    
Ciotka mówiła: „daj, daj!". To dałam. Ale miałam takie paskudne uczucie, że ja się czemuś sprzeniewierzyłam, bo jak to? Wyrzucony chleb przez Szawbkę, przyjąć? A z drugiej strony ona miała łzy w oczach. Wpędzili nas do towarowego pociągu i zawieźli do Pruszkowa. W Pruszkowie nas wyładowali do takich hangarów parowozowni, gdzie była podłoga kamienna, trochę wrzuconych drzwi czy jakiś desek drewnianych. To już był wieczór, duża hala, ciemno. Zanim weszliśmy na tę halę, czekał Międzynarodowy Czerwony Krzyż. Musiałam jakoś specjalnie źle wyglądać, bo mi dali torebkę cebul i puszkę mleka skondensowanego. Ja przyszłam z tym na halę. Ciotka miała ten chleb, który mi rzuciła sanitariuszka. Pamiętam, że ja tę cebulę jadłam tak, jak jabłka się je i tak mi smakowała, że do tej pory lubię surową cebulę. Popijałam ją mlekiem skondensowanym. Cud Boski, że nie dostałam jakiegoś potwornego rozstroju żołądka po tym wygłodzeniu. To był mój pierwszy posiłek. Noc się zrobiła. Ludzie usiedli w kucki. Zaczęłam chodzić po tej hali, bo ktoś powiedział, że są ludzie z Żoliborza.
I postanowiła Pani poszukać mamy?  
    
Szukałam. Dowiedziałam się, że Żoliborz padł. Wiedziałam, że na nic była moja wędrówka na Żoliborz i uznałam, że tu mogę mamę znaleźć. Chodziłam po tej hali i patrzyłam, co się dzieje. W pewnym momencie stanęłam przed kobietą, która karmiła piersią niemowlę. Patrol przechodził i wszyscy się zlękli o o to niemowlę i tę kobietę, ale jakoś ich minęli. Następnego dnia wygruzili nas z tej hali. Staliśmy w kolejce bardzo długiej. Na czele stało trzech Szwabów i rozdzielali: jednych na wolność, drugich na roboty. Ciotka podeszła i wzięła nas za ręce. Witek mniejszy ode mnie, ja większa, ale już też wyglądająca jak trzy ćwierci do śmierci. Nas o dowody nie pytali, tylko ciotka się legitymowała. Poza tym świetnie mówiła po niemiecku, więc im się to spodobało i puścili nas do tej grupy na wolność. Potem okazało się, że na wolność oznaczało załadowanie nas do towarowego pociągu. Były tu węglarki odkryte, a w tym drugim na roboty - wagony zamykane. Załadowali nas do tych węglarek na tyle ciasno, że nie można było usiąść i wyciągnąć nóg, tylko albo siedziało się w kucki albo stało. Wiozą nas, nie wiadomo, gdzie, bo niby mieliśmy powiedziane, że na wolność. Rozeszła się wiadomość, nie wiem, kto to pierwszy zaczął, gdyż nie znałam tych ludzi, że pewnie na gaz. Część tych transportów idzie do Oświęcimia do zagazowania właśnie takich ludzi niezdatnych do niczego, matki z dziećmi, starcy i tak dalej. Wtedy zrobił się ruch, bo ci wszyscy silniejsi i zdrowsi zaczęli myśleć o uciekaniu. W pewnym momencie ciotka do mnie mówi: „Krysia skacz". Pamiętam, jakie to wywołało u mnie dziwne uczucie. Pomyślałam sobie, czy ta ciotka zwariowała? Ja mam jeszcze nogi łamać przed śmiercią, przecież jak jedziemy na gaz to świetnie, bo to krótko i koniec.
I chciała Pani być z całą tą dwójką, z najbliższymi?
    
Nie. Myślałam, że skończy się ta męka. Powstanie przepadło, wszystko przepadło i mamy nie ma. Nie chciałam skakać. Dojechaliśmy do Starachowic dopiero rano następnego dnia.
A to był jeszcze październik 1944 roku?
    
To był październik. Musieliśmy gdzieś stawać i bardzo wolno jechać. Wiem, że bardzo dużo ludzi uciekło. Potem w Starachowicach byliśmy tacy już umęczeni w pozycji w kucki. Deszcz zaczął siąpić, więc nas cały czas tam moczyło od góry. Tutaj żadnej możliwości wyjścia za potrzebą, więc się zrobiło okropnie w tym wagonie. Rano postawili nas na jakiejś bocznicy. Widać było, że to jakaś stacja i nikt nie przychodzi i my tak siedzimy. Odczuwałam takie ostateczne dognębienie ludzi. W naszym wagonie nie jechali żadni Niemcy. Wreszcie zjawił się kolejarz. Otwiera ten wagon i mówi: „ludzie, bójcie się Boga, czego siedzicie, wyłaźcie, jesteście wolni!". Zdumienie ogromne i zdawałoby się, że wtedy każdy jeden przez drugiego będzie wyskakiwał. Nic podobnego. Jak żółwie gramoliliśmy się z tego wagonu po tej nocy z siąpiącym deszczykiem i idziemy do stacji. Tam niespodzianka, stacja duża z wielką poczekalnią, pełniusieńka ludzi. Okazuje się, że to jest stacja Starachowice. Przez ten czas, kiedy pociąg stał na bocznicy, miejscowi dowiedzieli się, że przywieźli ludzi z Powstania z Warszawy. Całe Starachowice wyległy na tę stację. Myśmy od razu zostali rozebrani między tych wszystkich ludzi. Mieli całe kosze jedzenia, białe bułki, w ogóle wszystko.
Czyli rozpoczęła się pomoc ze strony mieszkańców.
    
Ale to natychmiast spontaniczna, serdeczna pomoc. Ciotka podziękowała. Zapytała się tylko, gdzie jest jakaś ulica, bo okazało się, że miała jakiś znajomych w Starachowicach. Wsadziła nas - mnie i Witka w dorożkę i pojechaliśmy. Stanęliśmy przed jakąś willą, która mi się wtedy wydała wspaniałym pałacem. Wybiegł do nas młody człowiek, syn właścicieli. Dowiedział się, że przyjechaliśmy z Warszawy. Potem mało pamiętam, ponieważ mnie zanieśli do łazienki, która znów mi się wydawała łazienką z pałacu, bo miała różowe kafelki i była czysta. Pamiętam, że bardzo wstydziłam się, bo on wlazł do łazienki i mnie w ręczniku taką zawiniętą stamtąd wyniósł. Potem właściwie przespałam chyba parę dni. W tym czasie budzili mnie tylko na jedzenie i dawali kleiki. Później, jak już mogłam się utrzymać na nogach, to okazało się, że mi załatwili jakieś zaświadczenie, zezwolenie na podróż pociągiem w Generalnej Guberni. Dali mi je na moje nazwisko i wsadzili do pociągu jadącego do Brwinowa. W Brwinowie miałam ciotkę, rodzinę i mówiłam im, że moja mama, jeżeli ocalała, to na pewno do Brwinowa będzie starała się dostać.
Jak się nazywali właściciele tamtej willi?
    
W Brwinowie?
W Starachowicach.
    
Nie mam pojęcia. Stamtąd pojechałam do Brwinowa. Do pociągu weszli Niemcy i sprawdzali dokumenty. Uratowała mnie młoda matka, jakaś chłopka. Powiedziałam jej, że jestem z Warszawy. Jak Niemcy już mieli wejść do przedziału, to ona mi niemowlę wsadziła na ręce i chustką mnie owinęła. Ten niemowlak jak wyczuł, że to nie matka, zaczął się ogromnie drzeć i uratował cały przedział. Niemcy machnęli ręką i poszli dalej. Dojechaliśmy do Brwinowa. Ja wysiadłam z tego pociągu. Maszerowałam długim, przedwojennym peronem. Za mną szła jakaś kobieta, dobrze ubrana i zapytała mnie: „Czy ja jestem z Warszawy?". Odpowiedziałam, że: „Z Warszawy". Powiedziała: „To dziecko, chodź do mnie, ja się tobą zaopiekuję". Obraziłam się nieledwie. Powiedziałam jej, że nie pójdę, bo tutaj mam ciocię i idę do niej i być może moja mama tu jest. Szła za mną krok w krok, pilnowała. Dopiero jak weszłam przez furtkę do ogrodu, to się cofnęła. Moja kuzynka Sławka wypadła i dowiedziałam się, że niestety mamy nie ma. Od razu mną się zajęli. Zostałam wykąpana. Miałam wszędzie wszy. Ubrali mnie i spalili wszystkie łachy. Pierwsze dwa, trzy tygodnie chorowałam, byłam do niczego. Potem zapisali mnie na komplety do trzeciej klasy. Ciotka uczyła. Został zorganizowany komplet gimnazjalny i licealny. W Brwinowie były ciągle łapanki na warszawiaków.
Niemcy organizowali.
    
Zamykali oni cały kwartał domów. W domach sprawdzali pomieszczenia od piwnicy do strychu. Kto miał warszawską kennkartę, musiał się kryć. Mnie chowali w piwnicy. Miałam taki schowek. Tam było przejście między jednym pomieszczeniem a drugim i tam została wykopana dziura. Mnie pakowali do tej dziury i cegłami zakrywali. Ja siedziałam zamurowana w tym „grobie", aż łapanka minęła. Potem wyrobili mi dokument, zaświadczenie, że jestem zameldowana od maja 1944 roku, żebym nie była kojarzona z Powstaniem. Pamiętam, że kuzynka wepchnęła mnie do piwnicy. Kiedy zbiegałam po schodach, usłyszałam, że Niemcy idą i nie zdążyłam do tego schowka. Usiadłam w kartoflach. Znalazłam tam jakiś kosz i udawałam, że nabieram te kartofle. Potem zauważyłam, że ten kosz nie miał dna i był zepsuty. Dom był pełen warszawiaków. Przyszły uczennice mojej cioci z Warszawy. Wiedziały, że ona tu mieszka. Spało po 20 osób w pokoju. Pokoje były duże. Napychało się sienniki i tak pokotem spali. W Brwinowie zorganizowałam zastęp harcerski w ramach mojego kompletu i wyuczałam tego samego, co umiałam: Mors'a i rozmaitych sprawności. Robiłyśmy trochę pożytecznej roboty, bo jak były łapanki, myśmy ostrzegały ludzi przed Niemcami. Ostatnie schodziłyśmy z ulic. Namówiłyśmy niektórych właścicieli ogrodów, żeby porobili dziury w siatkach, aby ludzie mogli swobodnie przechodzić i uciekać. Te dziewczyny były miejscowe. Miałam mir straszny u nich. Mogłam je łatwo musztrować, a musztrowałam je zdrowo. Ciągle czekałam, że mama wróci. Przeżyłam okropną historię. Byłam w głębi domu, jak w ogrodzie usłyszałam, że Sławka, moja kuzynka, wychodzi do furtki otworzyć. Krzyczy: „Jezus, Mario, Marysia nareszcie!". Marysia to była moja mama. Ja wypadłam jak szalona, a to była inna Marysia kuzynka też z rodziny. Tak doczekaliśmy tak zwanego „wyzwolenia".
W styczniu 1945 roku.
    
Tak. Najpierw były naloty. Pamiętam, że wściekłam się na Sławkę i ciotkę, że mi kazały schodzić do piwnicy. Myślałam, że one są zupełnie głupie, bo gdzie przed takim nalotem uciekać? Uważałam, że padną trzy bomby na Brwinów i na tory i nie muszę się tego bać. Takie było spojrzenie popowstaniowe. Pamiętam dobrze czerwone sztandary, które się ukazały na rynku. Jechały czołgi z Armią Radziecką też z czerwonymi sztandarami. Siedziały na wierzchu takie „zupaki" okropne, jakieś mordy zakazane, potwornie umorusane. W porównaniu z wojskiem niemieckim (wiadomo, jaki mieliśmy stosunek do Niemców), to była taka różnica kultur, że to się w oczy rzucało. Myśmy woleli powiedzieć coś miłego Armii Sowieckiej niż Niemcom po Powstaniu. Warszawiacy zaczęli się ruszać do Warszawy. Słyszałam te rozmowy, stojąc w tych tłumach, patrzących na przejeżdżające czołgi. Ciotka zabroniła mi powrotu. Ja jej nie posłuchałam. Powiedziałam, że muszę iść do Warszawy.
Aby poszukać mamy.
    
Oczywiście ani śladu. Wiedziałam, że ja mamy w Warszawie nie znajdę, bo wszyscy zostali wypędzeni. Wiedziałam również, że wszyscy zostawiają jakąś wiadomość na domu, wypisują i gdzieś zostawiają kartki itd. Wobec tego poszłam do Warszawy. To było dwa czy trzy dni po wyzwoleniu.
Czyli to było około 20 stycznia?
    
Tego nie umiem odtworzyć. Wiem, że zebrała się cała grupa takich ludzi i szliśmy na piechotę do Warszawy. To była tragedia kompletna. Jak wychodziłam, to Warszawa była bardzo zniszczona, zbita, ale nie tak, żeby nie móc zauważyć żadnego całego domu, a tutaj w ogóle tego nie widziałam. Weszliśmy od strony Woli, ulicą Wolską, potem szliśmy Alejami Jerozolimskimi. Rozglądałam się wokół. Szło się tylko środkiem dawnej jezdni, bo wszędzie ulice zawalone gruzami i nigdzie całego domu. To było coś makabrycznego, zupełne pustkowie i tylko łażący po tym pijani Sowieci. Trzymaliśmy się w grupie i maszerowaliśmy wszyscy w stronę Wisły, bo okazało się, że nie można się jeszcze rozchodzić po dzielnicach, bo wszystko zaminowane i nie puszczają. Jak znaleźliśmy się nad Wisłą, to zrobił się mrok i most pontonowy został zajęty wyłącznie przez wojsko i nie puścili nas. Wysadzali w tym czasie miny na wybrzeżu. Żołnierze powiedzieli nam, że można przejść Wisłę przez lód pod Bielanami. Pamiętam, że w okolicach Mostu Poniatowskiego siadłam w gruzach i beczałam. Pomyślałam sobie, że już nie ma Warszawy, nie ma życia i tu nikogo nie znajdę. Wszystko widziałam na czarno. Potem poszłam Wybrzeżem Kościuszkowskim w stronę Bielan i przez lód przeszłam na Pragę. Szło się takim wężem pilnowanym przez wartowników i trzeba było gdzieś zanocować.
W jakimś mieszkaniu.
    
Właśnie. Na Pradze ludzie stali na brzegu i czekali na tych biednych warszawiaków i rozbierali do domów. Ja z grupą ludzi zostałam zabrana do jakiegoś mieszkania. Było tam łóżko żelazne z siennikiem i myśmy na nim wszyscy pousiadali dosyć gęsto. Mogliśmy przycupnąć i odpocząć i pierwsze dostaliśmy wiadomości, co tam się dzieje? Opowieści o wywózkach i dowiedziałam się, że na Żoliborz się nie dostanę, ponieważ jest zaminowany. Przyszłam za wcześnie do Warszawy. Jeszcze gdzieś po drodze usłyszałam, że w czasie Powstania część ludzi z Żoliborza popłynęła lub były przysyłane łodzie ratunkowe i moja mama mogła dostać się na praski brzeg. Uczepiłam się tej wersji, że a nuż moja mama jest u stryja na Lubelszczyźnie. Wobec tego postanowiłam iść do stryjka, ale z Pragi pociągi jeszcze nie szły, tylko z Rembertowa. To było 10 kilometrów. Szłam skoro świt na piechotę. Przyszłam do Rembertowa. W Rembertowie stał na torach pociąg towarowy. Ludzie powiedzieli, że idzie na Lubelszczyznę, do Łukowa. Wiedziałam, że Łuków, Siedlce, Radzyń to jest moja trasa. Co jeszcze z tego Rembertowa zapamiętałam? Usiłowałam z tymi kolejarzami rozmawiać, jak się dostać? Powiedzieli mi, żebym wsiadła do tego pociągu, to do Łukowa dojadę, a potem się dowiem, gdzie dalej? Na tym peronie stała nieduża gromadka ludzi, którzy chcieli w Lubelskie jechać. Zobaczyłam, że na sąsiedni peron wyprowadzają jakąś gromadę ludzi i to w większości właściwie samych mężczyzn młodych pod konwojem wojskowym.
Czy to było Wojsko Polskie?
    
Nie pamiętam, nie umiem w tej chwili powiedzieć, czy to byli Ruscy, czy to byli nasi? Pytam się tego kolejarza, co to za ludzie? A ten tak się odwrócił, „cicho!". Nie chciał nic powiedzieć. Potem się dopiero dowiedziałam, że w Rembertowie był obóz dla Akowców, że ich stamtąd wywozili. Prawdopodobnie widziałam jak ładowali transport, ale wtedy ja tego nie wiedziałam i nikt nie chciał mówić. Uderzyło mnie, jak przeszłam Wisłę, że tam ludzie byli już potwornie zastraszeni. Wsadzili nas do węglarki krytej. W tej węglarce była nawet „koza", można było się trochę ogrzać. Czekaliśmy, kiedy ten pociąg ruszy. Ludzie między sobą rozmawiają. Jakiś kolejarz przyszedł i z nimi gada. Mówią oni, że nie dobrze jest pokazywać, że jest się z tamtej strony Wisły, bo tu bardzo dużo ludzi aresztują. Wreszcie ruszył ten pociąg. Wlókł się. Po drodze w nocy stanął gdzieś i wlazło kilku podpitych Ruskich i powiedzieli: „dawaj diengi!". Ja nie miałam żadnych pieniędzy. Ludzie osłonili mnie, choć nosiłam przy sobie bardzo dużo pieniędzy, gdyż za Powstanie dostałam żołd i miałam je wszyte w pas od podwiązek. I tak dojechaliśmy do Łukowa. W Łukowie nas wysadzili, dalej już pociąg nie jechał. Całą noc turlaliśmy się 80 kilometrów. Poszłam na stacji zapytać, czy do Bedlna będzie pociąg? Okazało się, że nie chodzą i postanowiłam pójść piechotą 40 kilometrów do Czemiernik. Po drodze przejeżdżała jakaś ciężarówka i tą okazją podjechałam z kilkanaście kilometrów, ale ogromną większość tej trasy przeszłam na piechotę. Przechodziłam przez Radzyń, gdzie miałam dwie dalekie ciotki. Do żadnej nie zaszłam, bo się bałam, że usłyszę Czemierniki i wiadomość, że stryjek nie żyje i nikogo nie ma. Idiotyczne myślenie, bo przecież wtedy, bym nie miała, co ze sobą zrobić, a tu bym miała jakąś ostoję.
Jakiś dach nad głową.
    
Jakieś jedzenie.
Ale zdecydowała się Pani pójść.
    
Tak doszłam na wieczór. Weszłam przez kuchnię, a tam Stasia, gospodyni, kucharka nalewała do talerzy zsiadłe mleko i szykowała kolację. Spojrzałam, uszczypnęłam się i pomyślałam, że mi się to śni. Najpierw jak weszłam do Czemiernik zauważyłam, że stoi dom, ani jeden niezburzony. Wszystko jest tak jak było. Na podwórku te same kaczki, indyki i wszystkiego w bród. Uważałam, taki świat, jaki ja pamiętam, że nie istnieje. Widziałam wczoraj, co było w Warszawie i ten świat się skończył, jego nie ma.
A tu nagle odwrotna sytuacja. 
    
A tutaj jest jakaś część mojego życia, co więcej, ja przechodzę przez tę kuchnię, a drzwi od pokoju uchylają się i głowa się wychyla mojego brata Janka. Był ciekaw, kto przyszedł.
I zdumienie.
    
Janek, którego nie widziałam już od bardzo dawna, bo był on w partyzantce.
Od czasu okupacji.
    
Tak. Znajduję tutaj Jaśka. Stryj i wszyscy podeszli do mnie. Czułam się zupełnie zdrowo. Wcale nie odczułam zmęczenia tą pieszą wędrówką. Plecaczek miałam wygodny. Na kolacji u stryjka podawano na początku zawsze zsiadłe mleko, potem dopiero coś pysznego, wędlinki i inne rzeczy. Potem uznałam, że muszę szukać mojej mamy.
A też nie było żadnych informacji u stryja?
    
Nie było nic. Ja liczyłam trochę, że stryj coś wie, że na tę stronę ktoś, coś przyniósł. Tylko tyle, że Jaśka odnalazłam. Jasiek był w mundurze. On wywiał chyba ze Szczebrzeszyna. Był w oddziale „Podkowy" [ppor. Tadeusza Kuncewicza dowódcy II baonu 9 pułku piechoty] w Armii Krajowej na Zamojszczyźnie. Przyszli do Szczebrzeszyna do Komendantury Placu. Chcieli się zameldować i iść jako cały oddział na Berlin, a do Wojska Polskiego zgłosił ich dowódca. A tymczasem dowódcę zamknęli i wszystkich, którzy byli zakwaterowani blisko tego miejsca zajętego przez Sowietów, poaresztowali. Jasiek był na szczęście gdzieś w końcu tego Szczebrzeszyna to wywiał i inni też wywiali. Siedział u stryjka na plebani od lata w Czemiernikach. Potem się dowiedziałam, że był z powrotem skonspirowany. On się zgłosił do miejscowej organizacji. Stryj miał kontakt z podziemiem, bo mu pomogli Akowcy dzwony uratować.
Czyli w zasadzie Pani zaczęła organizację swojego życia od zera?
    
Zupełnie. Przede wszystkim od wspaniałego jedzenia na plebani, któremu nie mogłam się nadziwić, że takie jeszcze istnieje i od odpoczynku.
Czy była też myśl, że Pani pójdzie znowu do szkoły i będzie kontynuowała naukę?
    
Oczywiście, że tak. Zabrałam się od razu za naukę. Dowiedziałam się, że w Radzyniu jest gimnazjum i można zdawać egzamin eksternistyczny. Nie mogłam sobie poradzić z matematyką, fizyką i chemią i stryj mi załatwił dwumiesięczny pobyt w Radzyniu Podlaskim. Mówiłam, że miałam tam krewnych - te dwie ciotki. U jednej z nich mnie umieścił na dwa miesiące na takiej stancji, żebym ja te trudniejsze przedmioty opanowała i zdałam eksternistyczny egzamin w czerwcu w tamtejszym gimnazjum do czwartej klasy. Uratowałam trzecią klasę. Nie miałam żadnego opóźnienia okupacyjnego, wręcz odwrotnie, zrobiłam maturę szybciej niż mi się należało. Nie miałam jeszcze osiemnastu lat.
Tam również Pani wstąpiła do harcerstwa?
    
Tak. Organizowało się harcerstwo, więc jak usłyszeli warszawianka i z Powstania, to od razu mnie opadli, że mam prowadzić drużynę. Byłam zszokowana tym trochę, bo u nas się jednak przestrzegało tych szczebli, a tutaj nagle ja drużynowa, jak dopiero liznęłam harcerstwo. Oczywiście nie mogłam odmówić i zaczęłam szkolić te dziewczyny.
Wedle swoich metod.
    
Według tego, co znałam. „Małpowałam" to, czego mnie nauczyli i ich też ponauczałam, więcej tego konspiracyjnego niż prawdziwego harcerstwa. Zdałam ten eksternistyczny egzamin z trzynastu przedmiotów w jednym dniu i to z dwóch pisemnie, a potem wszystko ustnie. Byłam strasznie dumna z siebie. Nie wiem, może trochę przez palce patrzyli. Był ogromny nimb Warszawy. Jak się gdzieś powiedziało, że pochodzi się z Warszawy, to pomagali. Ze dwa lata po tym, jak poszłam na tamtą, jak się mówiło, stronę Wisły do fryzjera. On nie chciał ode mnie pieniędzy, jak się dowiedział, że jestem z Warszawy. Zostałam uczesana za darmo i nie byłam w stanie mu zapłacić. On się kłócił i nie chciał za nic w świecie pieniędzy od warszawianki. Czuł się bardzo dumny, że mógł warszawiankę czesać. Zorganizowałam drużynę dziewczyn i zdałam egzamin eksternistyczny w tamtejszym gimnazjum. Bardzo dumna z siebie powróciłam do Czemiernik na wspaniałe wakacje i wyżerkę. Zastanawiałam się ciągle, gdzie mama? Stryj dał ogłoszenia do Czerwonego Krzyża. Czekaliśmy na jakieś wiadomości, ale nic nie było. Jasiek nie chciał wrócić do Warszawy, bo był skonspirowany, mieszkał na plebani i chodził na jakieś akcje. W rezultacie został ranny i leżał na plebani. Ktoś doniósł i został wywieziony gdzieś pod las do jakiejś chałupy. Ocalał mi starszy brat. Tak się złożyło, że zamiast on mną, to ja nim musiałam się zajmować.
A kiedy przyszła ta tragiczna informacja jak okazało się, że mama nie żyje?
    
Dopiero po wojnie w maju 1949 roku przez Polski Czerwony Krzyż dostałam wiadomość, że mama przeżyła Powstanie i została zabita w czasie transportu z Warszawy. Nie mogła iść tak szybko swoimi nogami jak kazali i zginęła przez rozłupanie czaszki. Niemiec kolbą walnął ją w głowę. A o Zosi nie dowiedziałam się nigdy, czy wyszła z mamą?
Zaginęła.
    
Jedna sąsiadka nie była pewna, bo wydawało jej się, że mama kazała Zośce uciekać tuż przed kapitulacją Żoliborza, jak Niemcy szli od strony torów kolejowych. Podobno Zosia uciekała, została postrzelona w nogi i nikt nie wiedział, co się z nią stało. Mama szła sama. Nie mówiąc o tym, że była niesamowita. Mama w ogóle się Niemców nie bała, wściekała się na nich. To było coś okropnego, za samą minę mamę mogli zabić. Chyba szukała śmierci. Ciało mamy znaleźli na Woli, to znaczy, że szła do Dworca Zachodniego.
Była wypędzana.
    
Zginęła po drodze. Jak dostałam tę wiadomość, byłam wtedy na I roku studiów w Warszawie.
Czyli jeszcze maturę zrobiła Pani w Radzyniu?
    
Nie. W Radzyniu byłam tylko na egzaminie. Dostałam promocję do klasy czwartej na podstawie tego egzaminu i od września uczyłam się w Lublinie, gdzie miałam dwie siostry ojca, jedną rodzoną, drugą stryjeczną, ale obie miały bardzo złe warunki mieszkaniowe. Stryj mi wynajął mieszkanie u takiej nauczycielki i ja tam robiłam klasę czwartą i liceum. Do liceum poszłam o pół roku za wcześnie. W jeden rok przerobiłam dwie klasy, bo uznałam, że nie będę na czyimś utrzymaniu tak długo. Maturę zrobiłam w Lublinie w gimnazjum dla dorosłych. Przeszłam cztery klasy gimnazjum, a potem dwie klasy liceum właściwie w półtora, bo dostałam zapalenia płuc. W lutym 1948 roku dostałam maturę.
I potem postanowiła Pani wrócić do Warszawy?
    
I postanowiłam wrócić do Warszawy. Z tą maturą to był problem, bo wtedy, jeśli się miało przerwę między maturą a wyższą uczelnią to trzeba było mieć zezwolenie na naukę od UB.
A dlaczego?
    
Takie było zarządzenie i mnie odmówili tego. Napisałam podanie.
Do Urzędu Bezpieczeństwa.
    
Ja mam w indeksie napisane: „wpis warunkowy - złożyć świadectwo moralności". Cała rodzina się ze mnie śmiała, że ja jestem niemoralna, bo mi UB odmówiło świadectwa moralności. I rok studiowałam warunkowo, szłam na egzamin w strachu, że mnie nie przyjmą.
A w końcu to świadectwo moralności udało się Pani otrzymać?
    
Nie dostałam tego świadectwa moralności. Na zaświadczeniu, które mi przysłali w odpowiedzi na moje pytanie napisali, że nie wolno mi się o nie ubiegać. Po pierwszym roku wiosną 1949 roku dostałam wiadomość o śmierci mamy. Niestety przepłaciłam to zdrowiem. Dostałam zapalenia nerwu potylicy, którego nie mogli mi spędzić zupełnie, bo mi ciągle wracało i wreszcie lekarka powiedziała, że muszę przerwać naukę i wyjechać gdzieś na wieś.
Celem poratowania zdrowia. 
    
Podleczyć się.
A jakiego rodzaju to były studia?
    
Polonistyka na Uniwersytecie. Zdałam egzamin. Poznałam wtedy profesora Aleksandra Gieysztora. Byłam na egzaminie wstępnym z nauki o Polsce i świecie, Polska Współczesna, coś ideologicznego. On był przewodniczącym komisji, gdzie ja miałam zdawać. Wyszła jego asystentka. Ja stałam na „giełdzie" i powiedziała, że nie mogę zdawać, bo takie same mamy nazwiska. Aleksander Gieysztor nie był wtedy profesorem, ale doktorem i poprosił, żebym zaczekała po egzaminie. Ona mnie zaprowadziła do komisji już bez kolejki i gdzie indziej zdawałam. Potem poczekałam na niego. Wyszedł, przedstawił się i rozmawiał ze mną. Mówił, że wie wszystko o moim ojcu i o rodzinie i że to jest inna linia, ale ten sam ród. Pytał, w czym może mi pomóc? Byłam bardzo czupurna. Uważałam, że dam sobie radę. Pytał, czy mam gdzie mieszkać? Mieszkałam w Brwinowie, pracowałam, więc myślałam, że sobie poradzę. Okazało się, że nie bardzo mogłam sobie poradzić, jak doszła do mnie wiadomość o mamie. Po roku takiego niejedzenia obiadów, pracy i nauki jednocześnie, nadawałam się tylko na odpoczynek. Odpoczywać nie chciałam. Choć jeszcze stryjek żył, mogłam pojechać na plebanię i zajadać smaczne rzeczy i mieć w nosie wszystko, ale uważałam, że jak jestem dorosła, zdałam maturę, to w ogóle nie ma mowy o tym. W międzyczasie byłam pół roku we Wrocławiu. Moja przyjaciółka z gimnazjum, lwowianka, urządziła się z rodzicami we Wrocławiu i ściągnęła mnie po maturze do siebie. Tam pracowałam przez pół roku i czekałam na nowy rok akademicki, ale nie zostałam we Wrocławiu, tylko wróciłam do Warszawy, bo żadne miasto nie było godne tego, żebym mieszkała, jedna tylko Warszawa.                                               

 Wstecz...


 
Materiały dodatkowe
         
 
search szukaj
 
   

Copyright © Muzeum Warszawy :: 2007

   
  Projekt jest realizowany przez Muzeum Warszawy we współpracy z Archiwum Państwowym m. st. Warszawy oraz niemiecką fundację Stiftung Niedersachsische Gedenkstatten