Informacje o projekcie  |  Informacje o uczestnikach projektu  |  Aktualności  |  Sponsorzy  |  Kontakt  | 
         

search szukaj
 

Relacja Krystyny Łopatek z d. Gieysztor


foto

     Lwowska to ostatni tydzień mojego pobytu; tragiczny tydzień, ponieważ chodziło się w większości piwnicami. W piwnicach porobiono dziury w murach między jedną a drugą kamienicą. W ten sposób można było nimi przejść pół ulicy. Te dziury znajdowały się na różnej wysokości. Zdarzało się, że brakowało bateryjek do latarek i trzeba było po ciemku tam chodzić. Macało się ściany głową, szukając dziury i ja sobie ją starłam. Zrobiło mi się zakażenie. Miałam ropne zapalenie skóry na głowie. Zgolili mi wszystkie włosy. Porobiły się ropnie potworne. Nosiłam taki turban wykonany z koszuli. Miałam straszną gorączkę i czułam się bardzo chora i bardzo wycieńczona. Przyszła właścicielka tego mieszkania, powiedziała, że jest zawieszenie broni i ma być podpisana kapitulacja. Powstanie się skończyło. Powiedziała mi, że jest rozkaz „Montera" [gen. Antoniego Chruściela], że dowolne mają wyjście wszyscy ci, co chcą wyjść jako cywile albo z oddziałem. Pierwsza decyzja, jaką miałam w głowie, to iść na Żoliborz do mamy.
Wrócić do tego mieszkania.
    
I tak poszłam. Nagle okazało się, że mogę chodzić, podniosły mnie nerwy.
Jak wyglądała ta nieudana próba dotarcia do mamy?
   
To było zupełnie tragiczne. Po pierwsze zobaczyłam jak strasznie zniszczona jest Warszawa. Szłam Marszałkowską do Ogrodu Saskiego. W Ogrodzie Saskim stali Niemcy. Front był na linii Królewskiej. Mieliśmy przejść tę Królewską w grupce kilku osób. To nam się udało i jakoś nas puścili. Jak weszliśmy w Ogród Saski, to zatrzymał mnie jakiś patrol i przyczepili się do mojej kurtki. Niemiec mnie za kurtkę szarpał i krzyczał: „Banditen! Banditen! Barikaden! Pif! paf!", to pamiętam z tej całej przemowy, bo mi na migi i jakimiś urywanymi słowami tłumaczył. Ja wyrecytowałam swoją przygotowaną mowę, po rocznym uczeniu się języka niemieckiego, że: „Meine kranke Mutter (Moja chora mama) nach Żoliborz idę", żeby mnie puścili, a on tę kurtkę poznał. Pamiętam, że kurtka nie była wojskowa, rozdawali je nam powstańcom, bo się zimno zrobiło, a nie miałam nic ciepłego. Była ona ciemnoszara z magazynów niemieckich. Ten Szwab wiedział, że powstańcy takie kurtki nosili. Jak on do mnie powiedział: „Barikaden! Pif! paf!", to ja dostałam jakiegoś nerwowego śmiechu. Jego to strasznie zezłościło. Trzepnął mnie w głowę, przy czym na szczęście poleciałam na drzewo. Miałam oparcie, więc nie przewróciłam się, ale zjechał mi z głowy ten turban z ropą. Jak on to zobaczył, to odskoczył, bo Niemcy okropnie brzydzili się takich rzeczy i bali się zarażenia, że wszy ich oblezą. Łaziły po tym wszy niesamowite. Niemiec dał mi takiego kałmuka ze skośnymi oczami, małego i kazał prowadzić do „Komandir Platz" [Komendy Placu]. Szliśmy przez Ogród Saski i pamiętam, że cały czas się modliłam, żeby mnie od razu zabili i żeby mnie nie bili. Ja sobie wyobraziłam, że mogą chcieć ode mnie jakieś zeznania. Wezwą mnie na przesłuchanie, a ja tego nie wytrzymam i powiem coś. Byłam potwornie przerażona tym i dlatego śmierć mi się wydała wybawieniem. Tak doszłam do Elektoralnej. Na Elektoralnej była brama, w której stał wartownik. Przeszliśmy tę bramę. Tam było takie podwórko i tam zastałam taką sytuację, że stała gromada ludzi, co najmniej 20-30 osób, cywilów z tobołami na wyjście z Warszawy, a oddzielnie stała jakaś grupka chyba powstańców, bo młodych mężczyzn. Mnie pchnęli do tych ludzi. Ten kałmuk wszedł do kamienicy, w której mieściła się ta komendantura. W końcu wyszło kilku Niemców w mundurach, z karabinem maszynowym na stojakach. Postawili ten karabin i ustawili tych chłopców i mnie w szeregu, a ci ludzie, cywile stali obok. Ja patrzę, że od razu nas zastrzelą, więc nie będą mnie bili i tylko trzeba do końca zachować jakąś postawę, nie można się rozryczeć, czy okazać strachu, bo teraz to już tylko to było mało ważne. To jest chwila, którą można wytrzymać. W pewnym momencie kazali się odwrócić tyłem, a ja ku swojemu przerażeniu poczułam, że nie mogę się odwrócić, mając tak wrośnięte ze strachu nogi w ziemię.
Chciała Pani widzieć tę egzekucję?
    
Ja miałam od dzieciństwa coś takiego, że jak zastrzyk mi robili, pielęgniarka kazała mi odwrócić głowę, a ja nie chciałam. Musiałam zawsze patrzeć, co to będzie? I tutaj miałam takie same poczucie, że jak się odwrócę, to coś się złego stanie, a ja muszę patrzeć. Po tym rocznym uczeniu niemieckiego powiedziałam Niemcom: „Ich bin vierzehn Jahre alt (mam 14 lat)" i zabrakło mi słowa, „ja chcę patrzeć" - powiedziałam po polsku i stałam taka wrośnięta. Wtedy ci Niemcy zaczęli między sobą szwargotać i jeden taki starszy wiekiem sierżant chyba podszedł do mnie, wziął mnie za rękę, wyciągnął mnie z tego szeregu i mnie pchnął do tych ludzi z tobołami. W ten sposób uratowałam sobie życie. Padłam na jakąś starszą kobietę, bardzo tęgą, z takim tęgim biustem, bo pamiętam, że jak w poduszkę tak się przewróciłam na nią. Ona mnie objęła i mówi: „Och ty dzielne dziecko!". Ja wtedy pomyślałam sobie, co ona opowiada, jakie dzielne? Przecież ja nie odwróciłam się ze strachu. Wkrótce po tym zajściu starszy Niemiec powiedział: „ustawiać się i iść za mną" i nas wyprowadzili z tego podwórka, a ci stali dalej tyłem z rękami za głową do rozstrzelania. Chodziłam tam po wojnie po tej Elektoralnej, bo tam troszkę kamienic zostało. Szukałam, czy tam jest jakaś tablica upamiętniająca to rozstrzelanie? Ale nie było nic.
Czy to były początkowe numery ulicy Elektoralnej?
    
Jak się wychodzi z Ogrodu Saskiego, z placu Bankowego w lewo, Elektoralną parę domów dalej.
I od tego momentu zaczęło się wypędzenie z Warszawy?
     Popędzili nas tak, że dostaliśmy się na Wolę.

 Wstecz...


 
Materiały dodatkowe
         
 
search szukaj
 
   

Copyright © Muzeum Warszawy :: 2007

   
  Projekt jest realizowany przez Muzeum Warszawy we współpracy z Archiwum Państwowym m. st. Warszawy oraz niemiecką fundację Stiftung Niedersachsische Gedenkstatten