Informacje o projekcie  |  Informacje o uczestnikach projektu  |  Aktualności  |  Sponsorzy  |  Kontakt  | 
         

search szukaj
 

Relacja Krystyny Łopatek z d. Gieysztor


foto

Wpędzili nas do kościoła św. Wojciecha z wysoką wieżą. Tam się mrok zrobił. Jak myśmy dochodzili do tego kościoła, to na Woli dogasały różne pożary. Pamiętam, że ludzie w tej kolumnie mówili: „o Boże, to idziemy na Wolę, a tam palą ludzi". Nie wiedziałam, co to znaczy? Dlaczego palą? Ktoś mówił, że Niemcy rozstrzeliwali ludzi na Woli, że idziemy w złym kierunku, bo tam nic nas dobrego nie spotka. Tak między sobą ludzie opowiadali. Ja byłam potwornie zmęczona i miałam chyba bardzo silną gorączkę. Doszliśmy do tego kościoła. W kościele pełno ludzi, wszystkie ławki, konfesjonały zajęte, a nawet pod ścianami na podłodze było to samo. Myślę sobie, Boże mój, nie ma, gdzie usiąść, a ja już nie mogę, lecę z nóg. Tak przechodziłam koło ławek takich dużych, co stały jedna za drugą i patrzę, że w jednej z nich jest jakoś tak luźniej. Niewiele nawet myśląc, że mi się to uda, bo przecież tylu ludzi leży na podłodze, podchodzę do tej ławki i mówię: „może by się Pani trochę posunęła, bo ja jestem tak strasznie zmęczona" i na to słyszę: „Jezus, Mario, przecież to Krysia!". A to była bratowa mojej mamy z Żoliborza.
Jak się nazywała?
    
Zofia Ryttlowa, żona wuja z Katynia i matka Jaśki i Andrzeja, którzy brali udział w Powstaniu.
A ten wuj jak się nazywał?
    
Wuj nazywał się Wacław Ryttel i zginął w Katyniu. Jest tam upamiętniony. On nie był oficerem zawodowym. Brał udział jako legionista w I wojnie światowej, a zawodu był inżynierem architektem i został powołany w 1939 roku do wojska.
I wtenczas nastąpiło nieoczekiwane spotkanie z Panią Zofią?
    
Tak jest. Zofia Ryttlowa to była ciotka. Mieszkała na Żoliborzu na Dygasińskiego. Miała domek z ogrodem. Ja nagle znalazłam opiekę, a przecież nie miałam zupełnie żadnego dokumentu. Ciotka oczywiście się posunęła w tej ławce i usiadłam. Tam spędziliśmy noc, a rano nas popędzili na Dworzec Zachodni do pociągu towarowego. Pamiętam taką historię, że na tym Dworcu Zachodnim puszczali nas na przełaj. Był jakiś nasyp, tak, że pod górkę musieliśmy się piąć i na bocznicy stał wojskowy pociąg niemiecki sanitarny i w oknach widziałam sanitariuszki. Pamiętam sanitariuszkę, która tak do połowy wychylona, patrzyła na ten nasz tłum potwornie wykończony. Zobaczyłam, że ona ma łzy w oczach, jak patrzy na to. Ja nie mogłam zrozumieć, że Niemka mogła się litować nad Polakami. Po okupacji dla mnie to było mało zrozumiałe. W pewnym momencie zaczęła wyrzucać nam chleby. Jeden chleb padł dosłownie mnie pod nogi, więc go podniosłam i z takimi mieszanymi uczuciami, co ja mam zrobić? Czułam się strasznie głodna, a w dodatku była ciotka i Witek Ryttel, młodszy mój brat cioteczny, więc ten chleb to był skarb.
Ile miał wówczas lat?
    
Jest ode mnie półtora roku młodszy. Andrzej i Jaśka poszli z wojskiem do niewoli.
I było to mieszane uczucie, co z tym chlebem zrobić?
    
Ciotka mówiła: „daj, daj!". To dałam. Ale miałam takie paskudne uczucie, że ja się czemuś sprzeniewierzyłam, bo jak to? Wyrzucony chleb przez Szawbkę, przyjąć? A z drugiej strony ona miała łzy w oczach. Wpędzili nas do towarowego pociągu i zawieźli do Pruszkowa. W Pruszkowie nas wyładowali do takich hangarów parowozowni, gdzie była podłoga kamienna, trochę wrzuconych drzwi czy jakiś desek drewnianych. To już był wieczór, duża hala, ciemno. Zanim weszliśmy na tę halę, czekał Międzynarodowy Czerwony Krzyż. Musiałam jakoś specjalnie źle wyglądać, bo mi dali torebkę cebul i puszkę mleka skondensowanego. Ja przyszłam z tym na halę. Ciotka miała ten chleb, który mi rzuciła sanitariuszka. Pamiętam, że ja tę cebulę jadłam tak, jak jabłka się je i tak mi smakowała, że do tej pory lubię surową cebulę. Popijałam ją mlekiem skondensowanym. Cud Boski, że nie dostałam jakiegoś potwornego rozstroju żołądka po tym wygłodzeniu. To był mój pierwszy posiłek. Noc się zrobiła. Ludzie usiedli w kucki. Zaczęłam chodzić po tej hali, bo ktoś powiedział, że są ludzie z Żoliborza.
I postanowiła Pani poszukać mamy?  
    
Szukałam. Dowiedziałam się, że Żoliborz padł. Wiedziałam, że na nic była moja wędrówka na Żoliborz i uznałam, że tu mogę mamę znaleźć. Chodziłam po tej hali i patrzyłam, co się dzieje. W pewnym momencie stanęłam przed kobietą, która karmiła piersią niemowlę. Patrol przechodził i wszyscy się zlękli o o to niemowlę i tę kobietę, ale jakoś ich minęli. Następnego dnia wygruzili nas z tej hali. Staliśmy w kolejce bardzo długiej. Na czele stało trzech Szwabów i rozdzielali: jednych na wolność, drugich na roboty. Ciotka podeszła i wzięła nas za ręce. Witek mniejszy ode mnie, ja większa, ale już też wyglądająca jak trzy ćwierci do śmierci. Nas o dowody nie pytali, tylko ciotka się legitymowała. Poza tym świetnie mówiła po niemiecku, więc im się to spodobało i puścili nas do tej grupy na wolność. Potem okazało się, że na wolność oznaczało załadowanie nas do towarowego pociągu. Były tu węglarki odkryte, a w tym drugim na roboty - wagony zamykane.

 Wstecz...


 
Materiały dodatkowe
         
 
search szukaj
 
   

Copyright © Muzeum Warszawy :: 2007

   
  Projekt jest realizowany przez Muzeum Warszawy we współpracy z Archiwum Państwowym m. st. Warszawy oraz niemiecką fundację Stiftung Niedersachsische Gedenkstatten