Informacje o projekcie  |  Informacje o uczestnikach projektu  |  Aktualności  |  Sponsorzy  |  Kontakt  | 
         

search szukaj
 

Relacja Krystyny Łopatek z d. Gieysztor


foto

Załadowali nas do tych węglarek na tyle ciasno, że nie można było usiąść i wyciągnąć nóg, tylko albo siedziało się w kucki albo stało. Wiozą nas, nie wiadomo, gdzie, bo niby mieliśmy powiedziane, że na wolność. Rozeszła się wiadomość, nie wiem, kto to pierwszy zaczął, gdyż nie znałam tych ludzi, że pewnie na gaz. Część tych transportów idzie do Oświęcimia do zagazowania właśnie takich ludzi niezdatnych do niczego, matki z dziećmi, starcy i tak dalej. Wtedy zrobił się ruch, bo ci wszyscy silniejsi i zdrowsi zaczęli myśleć o uciekaniu. W pewnym momencie ciotka do mnie mówi: „Krysia skacz". Pamiętam, jakie to wywołało u mnie dziwne uczucie. Pomyślałam sobie, czy ta ciotka zwariowała? Ja mam jeszcze nogi łamać przed śmiercią, przecież jak jedziemy na gaz to świetnie, bo to krótko i koniec.
I chciała Pani być z całą tą dwójką, z najbliższymi?
    
Nie. Myślałam, że skończy się ta męka. Powstanie przepadło, wszystko przepadło i mamy nie ma. Nie chciałam skakać. Dojechaliśmy do Starachowic dopiero rano następnego dnia.
A to był jeszcze październik 1944 roku?
    
To był październik. Musieliśmy gdzieś stawać i bardzo wolno jechać. Wiem, że bardzo dużo ludzi uciekło. Potem w Starachowicach byliśmy tacy już umęczeni w pozycji w kucki. Deszcz zaczął siąpić, więc nas cały czas tam moczyło od góry. Tutaj żadnej możliwości wyjścia za potrzebą, więc się zrobiło okropnie w tym wagonie. Rano postawili nas na jakiejś bocznicy. Widać było, że to jakaś stacja i nikt nie przychodzi i my tak siedzimy. Odczuwałam takie ostateczne dognębienie ludzi. W naszym wagonie nie jechali żadni Niemcy. Wreszcie zjawił się kolejarz. Otwiera ten wagon i mówi: „ludzie, bójcie się Boga, czego siedzicie, wyłaźcie, jesteście wolni!". Zdumienie ogromne i zdawałoby się, że wtedy każdy jeden przez drugiego będzie wyskakiwał. Nic podobnego. Jak żółwie gramoliliśmy się z tego wagonu po tej nocy z siąpiącym deszczykiem i idziemy do stacji. Tam niespodzianka, stacja duża z wielką poczekalnią, pełniusieńka ludzi. Okazuje się, że to jest stacja Starachowice. Przez ten czas, kiedy pociąg stał na bocznicy, miejscowi dowiedzieli się, że przywieźli ludzi z Powstania z Warszawy. Całe Starachowice wyległy na tę stację. Myśmy od razu zostali rozebrani między tych wszystkich ludzi. Mieli całe kosze jedzenia, białe bułki, w ogóle wszystko.
Czyli rozpoczęła się pomoc ze strony mieszkańców.
    
Ale to natychmiast spontaniczna, serdeczna pomoc. Ciotka podziękowała. Zapytała się tylko, gdzie jest jakaś ulica, bo okazało się, że miała jakiś znajomych w Starachowicach. Wsadziła nas - mnie i Witka w dorożkę i pojechaliśmy. Stanęliśmy przed jakąś willą, która mi się wtedy wydała wspaniałym pałacem. Wybiegł do nas młody człowiek, syn właścicieli. Dowiedział się, że przyjechaliśmy z Warszawy. Potem mało pamiętam, ponieważ mnie zanieśli do łazienki, która znów mi się wydawała łazienką z pałacu, bo miała różowe kafelki i była czysta. Pamiętam, że bardzo wstydziłam się, bo on wlazł do łazienki i mnie w ręczniku taką zawiniętą stamtąd wyniósł. Potem właściwie przespałam chyba parę dni. W tym czasie budzili mnie tylko na jedzenie i dawali kleiki. Później, jak już mogłam się utrzymać na nogach, to okazało się, że mi załatwili jakieś zaświadczenie, zezwolenie na podróż pociągiem w Generalnej Guberni. Dali mi je na moje nazwisko i wsadzili do pociągu jadącego do Brwinowa.

 Wstecz...


 
Materiały dodatkowe
         
   
   

Copyright © Muzeum Warszawy :: 2007

   
  Projekt jest realizowany przez Muzeum Warszawy we współpracy z Archiwum Państwowym m. st. Warszawy oraz niemiecką fundację Stiftung Niedersachsische Gedenkstatten