Informacje o projekcie  |  Informacje o uczestnikach projektu  |  Aktualności  |  Sponsorzy  |  Kontakt  | 
         

search szukaj
 

Relacja Krystyny Łopatek z d. Gieysztor


foto

W Brwinowie miałam ciotkę, rodzinę i mówiłam im, że moja mama, jeżeli ocalała, to na pewno do Brwinowa będzie starała się dostać.
Jak się nazywali właściciele tamtej willi?
    
W Brwinowie?
W Starachowicach.
    
Nie mam pojęcia. Stamtąd pojechałam do Brwinowa. Do pociągu weszli Niemcy i sprawdzali dokumenty. Uratowała mnie młoda matka, jakaś chłopka. Powiedziałam jej, że jestem z Warszawy. Jak Niemcy już mieli wejść do przedziału, to ona mi niemowlę wsadziła na ręce i chustką mnie owinęła. Ten niemowlak jak wyczuł, że to nie matka, zaczął się ogromnie drzeć i uratował cały przedział. Niemcy machnęli ręką i poszli dalej. Dojechaliśmy do Brwinowa. Ja wysiadłam z tego pociągu. Maszerowałam długim, przedwojennym peronem. Za mną szła jakaś kobieta, dobrze ubrana i zapytała mnie: „Czy ja jestem z Warszawy?". Odpowiedziałam, że: „Z Warszawy". Powiedziała: „To dziecko, chodź do mnie, ja się tobą zaopiekuję". Obraziłam się nieledwie. Powiedziałam jej, że nie pójdę, bo tutaj mam ciocię i idę do niej i być może moja mama tu jest. Szła za mną krok w krok, pilnowała. Dopiero jak weszłam przez furtkę do ogrodu, to się cofnęła. Moja kuzynka Sławka wypadła i dowiedziałam się, że niestety mamy nie ma. Od razu mną się zajęli. Zostałam wykąpana. Miałam wszędzie wszy. Ubrali mnie i spalili wszystkie łachy. Pierwsze dwa, trzy tygodnie chorowałam, byłam do niczego. Potem zapisali mnie na komplety do trzeciej klasy. Ciotka uczyła. Został zorganizowany komplet gimnazjalny i licealny. W Brwinowie były ciągle łapanki na warszawiaków.
Niemcy organizowali.
    
Zamykali oni cały kwartał domów. W domach sprawdzali pomieszczenia od piwnicy do strychu. Kto miał warszawską kennkartę, musiał się kryć. Mnie chowali w piwnicy. Miałam taki schowek. Tam było przejście między jednym pomieszczeniem a drugim i tam została wykopana dziura. Mnie pakowali do tej dziury i cegłami zakrywali. Ja siedziałam zamurowana w tym „grobie", aż łapanka minęła. Potem wyrobili mi dokument, zaświadczenie, że jestem zameldowana od maja 1944 roku, żebym nie była kojarzona z Powstaniem. Pamiętam, że kuzynka wepchnęła mnie do piwnicy. Kiedy zbiegałam po schodach, usłyszałam, że Niemcy idą i nie zdążyłam do tego schowka. Usiadłam w kartoflach. Znalazłam tam jakiś kosz i udawałam, że nabieram te kartofle. Potem zauważyłam, że ten kosz nie miał dna i był zepsuty. Dom był pełen warszawiaków. Przyszły uczennice mojej cioci z Warszawy. Wiedziały, że ona tu mieszka. Spało po 20 osób w pokoju. Pokoje były duże. Napychało się sienniki i tak pokotem spali. W Brwinowie zorganizowałam zastęp harcerski w ramach mojego kompletu i wyuczałam tego samego, co umiałam: Mors'a i rozmaitych sprawności. Robiłyśmy trochę pożytecznej roboty, bo jak były łapanki, myśmy ostrzegały ludzi przed Niemcami. Ostatnie schodziłyśmy z ulic. Namówiłyśmy niektórych właścicieli ogrodów, żeby porobili dziury w siatkach, aby ludzie mogli swobodnie przechodzić i uciekać. Te dziewczyny były miejscowe. Miałam mir straszny u nich. Mogłam je łatwo musztrować, a musztrowałam je zdrowo. Ciągle czekałam, że mama wróci. Przeżyłam okropną historię. Byłam w głębi domu, jak w ogrodzie usłyszałam, że Sławka, moja kuzynka, wychodzi do furtki otworzyć. Krzyczy: „Jezus, Mario, Marysia nareszcie!". Marysia to była moja mama. Ja wypadłam jak szalona, a to była inna Marysia kuzynka też z rodziny. Tak doczekaliśmy tak zwanego „wyzwolenia".
W styczniu 1945 roku.
    
Tak. Najpierw były naloty. Pamiętam, że wściekłam się na Sławkę i ciotkę, że mi kazały schodzić do piwnicy. Myślałam, że one są zupełnie głupie, bo gdzie przed takim nalotem uciekać? Uważałam, że padną trzy bomby na Brwinów i na tory i nie muszę się tego bać. Takie było spojrzenie popowstaniowe. Pamiętam dobrze czerwone sztandary, które się ukazały na rynku. Jechały czołgi z Armią Radziecką też z czerwonymi sztandarami. Siedziały na wierzchu takie „zupaki" okropne, jakieś mordy zakazane, potwornie umorusane. W porównaniu z wojskiem niemieckim (wiadomo, jaki mieliśmy stosunek do Niemców), to była taka różnica kultur, że to się w oczy rzucało. Myśmy woleli powiedzieć coś miłego Armii Sowieckiej niż Niemcom po Powstaniu. Warszawiacy zaczęli się ruszać do Warszawy. Słyszałam te rozmowy, stojąc w tych tłumach, patrzących na przejeżdżające czołgi. Ciotka zabroniła mi powrotu. Ja jej nie posłuchałam. Powiedziałam, że muszę iść do Warszawy.
Aby poszukać mamy.
    
Oczywiście ani śladu. Wiedziałam, że ja mamy w Warszawie nie znajdę, bo wszyscy zostali wypędzeni. Wiedziałam również, że wszyscy zostawiają jakąś wiadomość na domu, wypisują i gdzieś zostawiają kartki itd. Wobec tego poszłam do Warszawy. To było dwa czy trzy dni po wyzwoleniu.
Czyli to było około 20 stycznia?
    
Tego nie umiem odtworzyć. Wiem, że zebrała się cała grupa takich ludzi i szliśmy na piechotę do Warszawy. To była tragedia kompletna. Jak wychodziłam, to Warszawa była bardzo zniszczona, zbita, ale nie tak, żeby nie móc zauważyć żadnego całego domu, a tutaj w ogóle tego nie widziałam. Weszliśmy od strony Woli, ulicą Wolską, potem szliśmy Alejami Jerozolimskimi. Rozglądałam się wokół. Szło się tylko środkiem dawnej jezdni, bo wszędzie ulice zawalone gruzami i nigdzie całego domu. To było coś makabrycznego, zupełne pustkowie i tylko łażący po tym pijani Sowieci. Trzymaliśmy się w grupie i maszerowaliśmy wszyscy w stronę Wisły, bo okazało się, że nie można się jeszcze rozchodzić po dzielnicach, bo wszystko zaminowane i nie puszczają. Jak znaleźliśmy się nad Wisłą, to zrobił się mrok i most pontonowy został zajęty wyłącznie przez wojsko i nie puścili nas. Wysadzali w tym czasie miny na wybrzeżu. Żołnierze powiedzieli nam, że można przejść Wisłę przez lód pod Bielanami. Pamiętam, że w okolicach Mostu Poniatowskiego siadłam w gruzach i beczałam. Pomyślałam sobie, że już nie ma Warszawy, nie ma życia i tu nikogo nie znajdę. Wszystko widziałam na czarno. Potem poszłam Wybrzeżem Kościuszkowskim w stronę Bielan i przez lód przeszłam na Pragę. Szło się takim wężem pilnowanym przez wartowników i trzeba było gdzieś zanocować.
W jakimś mieszkaniu.
    
Właśnie. Na Pradze ludzie stali na brzegu i czekali na tych biednych warszawiaków i rozbierali do domów. Ja z grupą ludzi zostałam zabrana do jakiegoś mieszkania. Było tam łóżko żelazne z siennikiem i myśmy na nim wszyscy pousiadali dosyć gęsto. Mogliśmy przycupnąć i odpocząć i pierwsze dostaliśmy wiadomości, co tam się dzieje? Opowieści o wywózkach i dowiedziałam się, że na Żoliborz się nie dostanę, ponieważ jest zaminowany.

 Wstecz...


 
Materiały dodatkowe
         
 
search szukaj
 
   

Copyright © Muzeum Warszawy :: 2007

   
  Projekt jest realizowany przez Muzeum Warszawy we współpracy z Archiwum Państwowym m. st. Warszawy oraz niemiecką fundację Stiftung Niedersachsische Gedenkstatten