Informacje o projekcie  |  Informacje o uczestnikach projektu  |  Aktualności  |  Sponsorzy  |  Kontakt  | 
         

search szukaj
 

Relacja Krystyny Łopatek z d. Gieysztor


foto

Przyszłam za wcześnie do Warszawy. Jeszcze gdzieś po drodze usłyszałam, że w czasie Powstania część ludzi z Żoliborza popłynęła lub były przysyłane łodzie ratunkowe i moja mama mogła dostać się na praski brzeg. Uczepiłam się tej wersji, że a nuż moja mama jest u stryja na Lubelszczyźnie. Wobec tego postanowiłam iść do stryjka, ale z Pragi pociągi jeszcze nie szły, tylko z Rembertowa. To było 10 kilometrów. Szłam skoro świt na piechotę. Przyszłam do Rembertowa. W Rembertowie stał na torach pociąg towarowy. Ludzie powiedzieli, że idzie na Lubelszczyznę, do Łukowa. Wiedziałam, że Łuków, Siedlce, Radzyń to jest moja trasa. Co jeszcze z tego Rembertowa zapamiętałam? Usiłowałam z tymi kolejarzami rozmawiać, jak się dostać? Powiedzieli mi, żebym wsiadła do tego pociągu, to do Łukowa dojadę, a potem się dowiem, gdzie dalej? Na tym peronie stała nieduża gromadka ludzi, którzy chcieli w Lubelskie jechać. Zobaczyłam, że na sąsiedni peron wyprowadzają jakąś gromadę ludzi i to w większości właściwie samych mężczyzn młodych pod konwojem wojskowym.
Czy to było Wojsko Polskie?
    
Nie pamiętam, nie umiem w tej chwili powiedzieć, czy to byli Ruscy, czy to byli nasi? Pytam się tego kolejarza, co to za ludzie? A ten tak się odwrócił, „cicho!". Nie chciał nic powiedzieć. Potem się dopiero dowiedziałam, że w Rembertowie był obóz dla Akowców, że ich stamtąd wywozili. Prawdopodobnie widziałam jak ładowali transport, ale wtedy ja tego nie wiedziałam i nikt nie chciał mówić. Uderzyło mnie, jak przeszłam Wisłę, że tam ludzie byli już potwornie zastraszeni. Wsadzili nas do węglarki krytej. W tej węglarce była nawet „koza", można było się trochę ogrzać. Czekaliśmy, kiedy ten pociąg ruszy. Ludzie między sobą rozmawiają. Jakiś kolejarz przyszedł i z nimi gada. Mówią oni, że nie dobrze jest pokazywać, że jest się z tamtej strony Wisły, bo tu bardzo dużo ludzi aresztują. Wreszcie ruszył ten pociąg. Wlókł się. Po drodze w nocy stanął gdzieś i wlazło kilku podpitych Ruskich i powiedzieli: „dawaj diengi!". Ja nie miałam żadnych pieniędzy. Ludzie osłonili mnie, choć nosiłam przy sobie bardzo dużo pieniędzy, gdyż za Powstanie dostałam żołd i miałam je wszyte w pas od podwiązek. I tak dojechaliśmy do Łukowa. W Łukowie nas wysadzili, dalej już pociąg nie jechał. Całą noc turlaliśmy się 80 kilometrów. Poszłam na stacji zapytać, czy do Bedlna będzie pociąg? Okazało się, że nie chodzą i postanowiłam pójść piechotą 40 kilometrów do Czemiernik. Po drodze przejeżdżała jakaś ciężarówka i tą okazją podjechałam z kilkanaście kilometrów, ale ogromną większość tej trasy przeszłam na piechotę. Przechodziłam przez Radzyń, gdzie miałam dwie dalekie ciotki. Do żadnej nie zaszłam, bo się bałam, że usłyszę Czemierniki i wiadomość, że stryjek nie żyje i nikogo nie ma. Idiotyczne myślenie, bo przecież wtedy, bym nie miała, co ze sobą zrobić, a tu bym miała jakąś ostoję.
Jakiś dach nad głową.
    
Jakieś jedzenie.
Ale zdecydowała się Pani pójść.
    
Tak doszłam na wieczór. Weszłam przez kuchnię, a tam Stasia, gospodyni, kucharka nalewała do talerzy zsiadłe mleko i szykowała kolację. Spojrzałam, uszczypnęłam się i pomyślałam, że mi się to śni. Najpierw jak weszłam do Czemiernik zauważyłam, że stoi dom, ani jeden niezburzony. Wszystko jest tak jak było. Na podwórku te same kaczki, indyki i wszystkiego w bród. Uważałam, taki świat, jaki ja pamiętam, że nie istnieje. Widziałam wczoraj, co było w Warszawie i ten świat się skończył, jego nie ma.
A tu nagle odwrotna sytuacja.
    
A tutaj jest jakaś część mojego życia, co więcej, ja przechodzę przez tę kuchnię, a drzwi od pokoju uchylają się i głowa się wychyla mojego brata Janka. Był ciekaw, kto przyszedł.
I zdumienie.
    
Janek, którego nie widziałam już od bardzo dawna, bo był on w partyzantce.
Od czasu okupacji.
    
Tak. Znajduję tutaj Jaśka. Stryj i wszyscy podeszli do mnie. Czułam się zupełnie zdrowo. Wcale nie odczułam zmęczenia tą pieszą wędrówką. Plecaczek miałam wygodny. Na kolacji u stryjka podawano na początku zawsze zsiadłe mleko, potem dopiero coś pysznego, wędlinki i inne rzeczy. Potem uznałam, że muszę szukać mojej mamy.
A też nie było żadnych informacji u stryja?
    
Nie było nic. Ja liczyłam trochę, że stryj coś wie, że na tę stronę ktoś, coś przyniósł. Tylko tyle, że Jaśka odnalazłam. Jasiek był w mundurze. On wywiał chyba ze Szczebrzeszyna. Był w oddziale „Podkowy" [ppor. Tadeusza Kuncewicza dowódcy II baonu 9 pułku piechoty] w Armii Krajowej na Zamojszczyźnie. Przyszli do Szczebrzeszyna do Komendantury Placu. Chcieli się zameldować i iść jako cały oddział na Berlin, a do Wojska Polskiego zgłosił ich dowódca. A tymczasem dowódcę zamknęli i wszystkich, którzy byli zakwaterowani blisko tego miejsca zajętego przez Sowietów, poaresztowali. Jasiek był na szczęście gdzieś w końcu tego Szczebrzeszyna to wywiał i inni też wywiali. Siedział u stryjka na plebani od lata w Czemiernikach. Potem się dowiedziałam, że był z powrotem skonspirowany. On się zgłosił do miejscowej organizacji. Stryj miał kontakt z podziemiem, bo mu pomogli Akowcy dzwony uratować.
Czyli w zasadzie Pani zaczęła organizację swojego życia od zera?
    
Zupełnie. Przede wszystkim od wspaniałego jedzenia na plebani, któremu nie mogłam się nadziwić, że takie jeszcze istnieje i od odpoczynku.
Czy była też myśl, że Pani pójdzie znowu do szkoły i będzie kontynuowała naukę?
    
Oczywiście, że tak. Zabrałam się od razu za naukę. Dowiedziałam się, że w Radzyniu jest gimnazjum i można zdawać egzamin eksternistyczny. Nie mogłam sobie poradzić z matematyką, fizyką i chemią i stryj mi załatwił dwumiesięczny pobyt w Radzyniu Podlaskim. Mówiłam, że miałam tam krewnych - te dwie ciotki. U jednej z nich mnie umieścił na dwa miesiące na takiej stancji, żebym ja te trudniejsze przedmioty opanowała i zdałam eksternistyczny egzamin w czerwcu w tamtejszym gimnazjum do czwartej klasy. Uratowałam trzecią klasę. Nie miałam żadnego opóźnienia okupacyjnego, wręcz odwrotnie, zrobiłam maturę szybciej niż mi się należało. Nie miałam jeszcze osiemnastu lat.
Tam również Pani wstąpiła do harcerstwa?
    
Tak. Organizowało się harcerstwo, więc jak usłyszeli warszawianka i z Powstania, to od razu mnie opadli, że mam prowadzić drużynę. Byłam zszokowana tym trochę, bo u nas się jednak przestrzegało tych szczebli, a tutaj nagle ja drużynowa, jak dopiero liznęłam harcerstwo. Oczywiście nie mogłam odmówić i zaczęłam szkolić te dziewczyny.
Wedle swoich metod.
    
Według tego, co znałam. „Małpowałam" to, czego mnie nauczyli i ich też ponauczałam, więcej tego konspiracyjnego niż prawdziwego harcerstwa. Zdałam ten eksternistyczny egzamin z trzynastu przedmiotów w jednym dniu i to z dwóch pisemnie, a potem wszystko ustnie. Byłam strasznie dumna z siebie. Nie wiem, może trochę przez palce patrzyli. Był ogromny nimb Warszawy. Jak się gdzieś powiedziało, że pochodzi się z Warszawy, to pomagali. Ze dwa lata po tym, jak poszłam na tamtą, jak się mówiło, stronę Wisły do fryzjera. On nie chciał ode mnie pieniędzy, jak się dowiedział, że jestem z Warszawy. Zostałam uczesana za darmo i nie byłam w stanie mu zapłacić. On się kłócił i nie chciał za nic w świecie pieniędzy od warszawianki. Czuł się bardzo dumny, że mógł warszawiankę czesać. Zorganizowałam drużynę dziewczyn i zdałam egzamin eksternistyczny w tamtejszym gimnazjum. Bardzo dumna z siebie powróciłam do Czemiernik na wspaniałe wakacje i wyżerkę. Zastanawiałam się ciągle, gdzie mama? Stryj dał ogłoszenia do Czerwonego Krzyża. Czekaliśmy na jakieś wiadomości, ale nic nie było. Jasiek nie chciał wrócić do Warszawy, bo był skonspirowany, mieszkał na plebani i chodził na jakieś akcje. W rezultacie został ranny i leżał na plebani. Ktoś doniósł i został wywieziony gdzieś pod las do jakiejś chałupy. Ocalał mi starszy brat. Tak się złożyło, że zamiast on mną, to ja nim musiałam się zajmować.
A kiedy przyszła ta tragiczna informacja jak okazało się, że mama nie żyje?
    
Dopiero po wojnie w maju 1949 roku przez Polski Czerwony Krzyż dostałam wiadomość, że mama przeżyła Powstanie i została zabita w czasie transportu z Warszawy. Nie mogła iść tak szybko swoimi nogami jak kazali i zginęła przez rozłupanie czaszki. Niemiec kolbą walnął ją w głowę. A o Zosi nie dowiedziałam się nigdy, czy wyszła z mamą?
Zaginęła.
    
Jedna sąsiadka nie była pewna, bo wydawało jej się, że mama kazała Zośce uciekać tuż przed kapitulacją Żoliborza, jak Niemcy szli od strony torów kolejowych. Podobno Zosia uciekała, została postrzelona w nogi i nikt nie wiedział, co się z nią stało. Mama szła sama. Nie mówiąc o tym, że była niesamowita. Mama w ogóle się Niemców nie bała, wściekała się na nich. To było coś okropnego, za samą minę mamę mogli zabić. Chyba szukała śmierci. Ciało mamy znaleźli na Woli, to znaczy, że szła do Dworca Zachodniego.
Była wypędzana.
    
Zginęła po drodze. Jak dostałam tę wiadomość, byłam wtedy na I roku studiów w Warszawie.
Czyli jeszcze maturę zrobiła Pani w Radzyniu?
    
Nie. W Radzyniu byłam tylko na egzaminie. Dostałam promocję do klasy czwartej na podstawie tego egzaminu i od września uczyłam się w Lublinie, gdzie miałam dwie siostry ojca, jedną rodzoną, drugą stryjeczną, ale obie miały bardzo złe warunki mieszkaniowe. Stryj mi wynajął mieszkanie u takiej nauczycielki i ja tam robiłam klasę czwartą i liceum. Do liceum poszłam o pół roku za wcześnie. W jeden rok przerobiłam dwie klasy, bo uznałam, że nie będę na czyimś utrzymaniu tak długo. Maturę zrobiłam w Lublinie w gimnazjum dla dorosłych. Przeszłam cztery klasy gimnazjum, a potem dwie klasy liceum właściwie w półtora, bo dostałam zapalenia płuc. W lutym 1948 roku dostałam maturę.
I potem postanowiła Pani wrócić do Warszawy?
    
I postanowiłam wrócić do Warszawy. Z tą maturą to był problem, bo wtedy, jeśli się miało przerwę między maturą a wyższą uczelnią to trzeba było mieć zezwolenie na naukę od UB.
A dlaczego?
    
Takie było zarządzenie i mnie odmówili tego. Napisałam podanie.
Do Urzędu Bezpieczeństwa.
    
Ja mam w indeksie napisane: „wpis warunkowy - złożyć świadectwo moralności". Cała rodzina się ze mnie śmiała, że ja jestem niemoralna, bo mi UB odmówiło świadectwa moralności. I rok studiowałam warunkowo, szłam na egzamin w strachu, że mnie nie przyjmą.
A w końcu to świadectwo moralności udało się Pani otrzymać?
    
Nie dostałam tego świadectwa moralności. Na zaświadczeniu, które mi przysłali w odpowiedzi na moje pytanie napisali, że nie wolno mi się o nie ubiegać. Po pierwszym roku wiosną 1949 roku dostałam wiadomość o śmierci mamy. Niestety przepłaciłam to zdrowiem. Dostałam zapalenia nerwu potylicy, którego nie mogli mi spędzić zupełnie, bo mi ciągle wracało i wreszcie lekarka powiedziała, że muszę przerwać naukę i wyjechać gdzieś na wieś.
Celem poratowania zdrowia. 
    
Podleczyć się.
A jakiego rodzaju to były studia?
    
Polonistyka na Uniwersytecie. Zdałam egzamin. Poznałam wtedy profesora Aleksandra Gieysztora. Byłam na egzaminie wstępnym z nauki o Polsce i świecie, Polska Współczesna, coś ideologicznego. On był przewodniczącym komisji, gdzie ja miałam zdawać. Wyszła jego asystentka. Ja stałam na „giełdzie" i powiedziała, że nie mogę zdawać, bo takie same mamy nazwiska. Aleksander Gieysztor nie był wtedy profesorem, ale doktorem i poprosił, żebym zaczekała po egzaminie. Ona mnie zaprowadziła do komisji już bez kolejki i gdzie indziej zdawałam. Potem poczekałam na niego. Wyszedł, przedstawił się i rozmawiał ze mną. Mówił, że wie wszystko o moim ojcu i o rodzinie i że to jest inna linia, ale ten sam ród. Pytał, w czym może mi pomóc? Byłam bardzo czupurna. Uważałam, że dam sobie radę. Pytał, czy mam gdzie mieszkać? Mieszkałam w Brwinowie, pracowałam, więc myślałam, że sobie poradzę. Okazało się, że nie bardzo mogłam sobie poradzić, jak doszła do mnie wiadomość o mamie. Po roku takiego niejedzenia obiadów, pracy i nauki jednocześnie, nadawałam się tylko na odpoczynek. Odpoczywać nie chciałam. Choć jeszcze stryjek żył, mogłam pojechać na plebanię i zajadać smaczne rzeczy i mieć w nosie wszystko, ale uważałam, że jak jestem dorosła, zdałam maturę, to w ogóle nie ma mowy o tym. W międzyczasie byłam pół roku we Wrocławiu. Moja przyjaciółka z gimnazjum, lwowianka, urządziła się z rodzicami we Wrocławiu i ściągnęła mnie po maturze do siebie. Tam pracowałam przez pół roku i czekałam na nowy rok akademicki, ale nie zostałam we Wrocławiu, tylko wróciłam do Warszawy, bo żadne miasto nie było godne tego, żebym mieszkała, jedna tylko Warszawa.

 Wstecz...


 
Materiały dodatkowe
         
 
search szukaj
 
   

Copyright © Muzeum Warszawy :: 2007

   
  Projekt jest realizowany przez Muzeum Warszawy we współpracy z Archiwum Państwowym m. st. Warszawy oraz niemiecką fundację Stiftung Niedersachsische Gedenkstatten