Informacje o projekcie  |  Informacje o uczestnikach projektu  |  Aktualności  |  Sponsorzy  |  Kontakt  | 
         

search szukaj
 

Relacja Bożeny Myślińskiej


foto

  WYWIAD Z BOŻENĄ MYŚLIŃSKĄ

ur. 16.01.1932 r. w Jarocinie
Warszawa, 20.06.2011 r.
Rozmawiał: Julian Borkowski

Jakby Pani mogła scharakteryzować swoją rodzinę, jakie zdarzenia, sytuacje Pani pamięta z tego najwcześniejszego okresu swojego dzieciństwa?
    
Byliśmy w Kobryniu i w Kobryniu była taka sytuacja, że najpierw weszli Niemcy, a potem Niemcy wycofali się do Brześcia i weszli Rosjanie.
Czy mówi Pani o okresie kampanii wrześniowej 1939 roku?
    
Tak. Stacjonowali u nas w domu. Zajmowaliśmy całe piętro i oficerowie zajęli nam kuchnię i pokoje. Tam była jadłodajnia. Myśmy do kuchni nie mogli wchodzić, ale jedzenie nam dawali. Ojciec dowiedział się, że Sowieci wywieźli najpierw granatową policję z Kobrynia i potem zaczęli wywozić kupców. Mój ojciec był kupcem. Ja wtedy miałam mało lat. Z opowiadań rodzinnych wiem, że prowadził tam kino i sklep. Ojciec na wojnę nie poszedł, dlatego, że złamał nogę i nie był zaciągnięty. Po pewnym czasie dowiedział się od jakiegoś rosyjskiego oficera, że jesteśmy na liście do wywozu na Syberię. I wtedy zorganizował nam wyjście. Matka, siostra i ja poszłyśmy. Przewodnicy przeprowadzali nas przez zieloną granicę, bo już tutaj byli Rosjanie, a od Brześcia stacjonowali Niemcy. Zostaliśmy przeprowadzeni nocą na klęczkach, czołgaliśmy się. To był listopad 1939 roku. Przedostaliśmy się do Brześcia i stamtąd dotarliśmy po jakimś czasie do Jarocina. Tam mieszkała nasza babcia.
W tym przejściu uczestniczył pan Walenty?  
    
Nie, on został. Tylko była matka, siostra i ja.
Czyli pani Leokadia i pani Maria.
    
Tak. Tam byliśmy chyba z dwa albo trzy dni. 8 grudnia została zorganizowana przez Niemców pierwsza wywózka Polaków z Jarocina. Matka nas spakowała, ponieważ myśmy nie były zameldowane.
Niemcy, rozumiem, sprawdzali tam na miejscu, skąd się państwo wzięli? Czy były jakieś represje tam ze strony Niemców?
    
Nie, bo myśmy się krótko zatrzymały. Moja babcia była właścicielem młyna.
Babcia jak się nazywała?
    
Joanna Krukowska. Wyjechaliśmy pociągiem. Jechało się na lokomotywie, na węglu, albo pod cysternami. Tam były takie podesty. Dojechaliśmy do Tomaszowa. W Tomaszowie był most zerwany. Przechodziłyśmy po przęsłach zawalonego mostu i przyjechałyśmy do Warszawy. Bo tyle, co z opowiadania wiem, to matka z ojcem była umówiona w Warszawie. Tam mieli się spotkać. Zatrzymaliśmy się w Warszawie u Stanisławy i Władysławy Szuladzińskich. To były siostry. Mieszkały na ulicy Stępińskiej.
Proszę powiedzieć, czy to były jakieś znajome Pani Leokadii?
    
Siostra mojej matki wyszła za mąż za ich brata. Ta Władysława Szuladzińska była nauczycielką. Kim był jej siostra? Nie wiem. Ona była młodsza, pomagała jej, a potem nam pomagała. Mama kupiła sklep na Czerniakowskiej 143a i zaczęła działalność.
Kiedy mniej więcej miało miejsce rozpoczęcie tej działalności w tym sklepie?
    
W grudniu 1939 roku. Z tym, że trudno było matce szukać towaru, żeby coś kupić. Ojciec przyjechał z Kobrynia przed wigilią do Warszawy. Udało mu się stamtąd dotrzeć. Przechodził dwa razy przez granicę. Raz go złapali, drugi raz go złapali, ale za drugim razem powiedzieli, że go rozstrzelają. Przekupił Rosjan i go puścili. Rozwinęli wspólnie ten sklep.
Jak wyglądała sytuacja pod okupacją niemiecką, jak Pani wspomina Warszawę z tamtego czasu?
    
Właściwie wspominam z początku ją dobrze. Chodziłam do Sióstr Nazaretanek do szkoły powszechnej, a siostra do gimnazjum, bo jest ode mnie 6 lat starsza. Pierwsze świadectwo mam ze szkoły Nazaretanek. Później jak rodziców aresztowali, to stryj, który mieszkał na Bródnie, mówił, że tylko jedną z nas może dać do szkoły. Nazaretanki to była szkoła prywatna, którą należało opłacać. Siostra i jej koleżanki niby szyły, ale uczyły się...
Zakazanych przedmiotów.
    
Tak. A ja chodziłam potem na ulicę Podchorążych. Tam była szkoła powszechna nr 158 i skończyłam 6 klas w czasie całej okupacji.
Pierwszy okres do aresztowania rodziców, jakby Pani mogła scharakteryzować swój pobyt w Warszawie?
    
Rodzice zawsze troszczyli się o nas, ale było ciężko. Siedziałyśmy pod pierzynami, bo nie było opału. Jak ojciec przyjechał, to pozałatwiał wszystko. Był zaradny. Otworzył sklep i ten sklep funkcjonował.
To była cukiernia?
    
Tak. Cukiernia.
Dużo osób przychodziło do tej cukierni, okoliczni mieszkańcy, czy może spoza terenu Czerniakowa?
    
Dużo przychodziło ludzi. Przychodziło tu dużo Niemców z koszar. W tej cukierni niestety sprzedawało się wódkę, bo inaczej rodzice by się nie utrzymali. Ojciec to organizował. Ponieważ rodzice mówili bardzo dobrze po niemiecku, chodzili do szkoły niemieckiej w Poznańskiem, kontaktowali się z Niemcami i oni chętnie przychodzili na sznapsa.
Czy Polacy bywali w tej cukierni?
    
Tak. Polacy też. Z tym, że Niemcy mieli takie określone godziny, ponieważ przychodzili wieczorem przed godziną policyjną i zostawali, bo zawsze ich można było wypuścić.
Czy były tak zwane w tej kawiarni miejsca wydzielone specjalnie dla Niemców i specjalnie dla Polaków? Czy to raczej było tak, że można było gdziekolwiek usiąść?
    
Nie. Można było usiąść wszędzie. Od naszego mieszkania istniało przejście do sklepu i drugie wyjście z mieszkania na zewnątrz. W kącie przy mieszkaniu stał jeden stolik pusty przeznaczony zawsze dla Niemców. Polacy nie chcieli tam siadać. Niemcy nie przysiadali długo, tylko, co chcieli, zamówili, wypili i poszli. I tak trwało aż do 11 kwietnia.
A czy w międzyczasie do tego kwietnia 1941 roku zdarzały się takie przypadki, że tam przychodziły osoby, które zaczęły konspirować w tym lokalu? Czy były jakieś potem informacje w rodzinie?
    
Był taki kolega ojca, też z Poznańskiego, Kazimierz Szadkowski, który kontaktował się z ojcem i prawdopodobnie to było jakieś powiązanie konspiracyjne, ale, z jakimi grupami? To nie wiem, bo ojciec podjął się zadania zdobycia broni od Niemców. Kupował tę broń i przekazywał konspiracji. W tym czasie zjawił się Stanisław Izdebski.
Skąd się Państwo znali, bo to był daleki kuzyn w rodzinie?  
    
To znaczy jego żona była kuzynką matki. Ojciec nie wiedział, że on z Niemcami utrzymuje kontakty i to chyba była ta tragedia.
Czyli rozumiem, że przez panią Leokadię był spokrewniony?
    
Tak, przez Leokadię.
A jak się jego żona nazywała?
    
Tego nie pamiętam. Potem Izdebska. Mieli jedną córeczkę i mieszkali na ulicy Chełmskiej i ja tam chodziłam.
Czy były bliskie i serdeczne te kontakty z tą rodziną Izdebskich, jakby Pani scharakteryzowała jej do momentu aresztowania?
    
Do aresztowania tak. Nie bywali oni tak często u nas, nie przesiadywali. Oni mieli pokój z kuchnią na Chełmskiej, ale przychodzili i kontaktowali się. I jak 11 kwietnia ojciec został aresztowany, to matka była na zakupach na Koszykowej, siostra uczyła się u Nazaretanek, a ze mną była Stanisława Szuladzińska. Ona posłała mnie na Chełmską, żeby zawiadomić, że ojca zabrało gestapo. Niemcy zostawili matce kartkę, że ma się zgłosić w al. Szucha. Jak przyszłam, to matka w międzyczasie wróciła z Koszykowej i poszła do gestapo wyjaśnić całą sytuację.
Jeszcze zapytam, zanim dojdziemy do tego aresztowania, proszę opisać jak wyglądało mieszkanie przy ul. Czerniakowskiej? Czy to było mieszkanie w pobliżu tej cukierni-kawiarni?
    
Tak. Na dole była kawiarnia, schodki i na górze mieszkanie, znajdowało się na wysokim parterze. Tam mieliśmy pokój z kuchnią, łazienką, umeblowany i piwnicę na dole oraz osobne wyjście na korytarz. W dniu aresztowania był ojciec, Stanisława Szuladzińska i ja. Weszli Niemcy od strony sklepu i od mieszkania.
Czy byli to ludzie po cywilnemu ubrani?
    
Nie, umundurowani.
Ilu tych mężczyzn było?
    
Nie wiem, bo ja byłam bardzo przestraszona. Otworzyłam drzwi i od razu musiałam ręce do góry podnieść. Ojca prowadzili od sklepu do pokoju, a mnie z panią Stasią zaprowadzili do kuchni. Kuchnię zamknęli, o czym rozmawiali, to nie wiem, dlatego, że wszystko odbywało się w języku niemieckim.
Czy było słychać jakieś krzyki?
    
Tak. Jak ojciec krzyczał, ja też zaczęłam krzyczeć i wpadli Niemcy, co się dzieje? Miałam się uspokoić.
Trudno to dziecku wytłumaczyć.
    
Tak. Ale jak bronią pogrożą, to każdy zamilknie.
Obydwie panie przerażone całą sytuacją.
    
Tak. Zbili ojca, dlatego, że miał na sobie pelisę. To był kwiecień, jeszcze zimno. Zerwali z niego tę pelisę. Została ona w domu, cały miała tył rozdarty. Po rewizji dom był do góry nogami przewrócony, wszystko z szaf zostało powyrzucane. Niemcy ojca wyprowadzili i pojechali. Pani Stanisława posłała mnie, żebym poszła na Chełmską zawiadomić Izdebskich, że ojca zabrali. W tym czasie przyszła matka i poszła w aleje Szucha, także ja z nią się nie widziałam i już nie wróciła. Tam została. Przyszedł Kazimierz Szadkowski. Jak dowiedział się, że ojca aresztowali, to momentalnie się ulotnił. Najpierw podejrzewaliśmy, że on ich zadenuncjował. Ale wytłumaczył mojemu stryjowi, że nie miał nic z tym wspólnego.
Stryj jak się nazywał?
    
Józef Myśliński. On miał sklep na Bródnie. Matki rodzina stwierdziła, że to Szadkowski zadenuncjował, a to, że Izdebski, to dowiedzieliśmy się bardzo późno. Właściwie już długo po wojnie. On zajął się sklepem, gdy już matki nie było.
Ale podobno tam próbował szantażować Pani mamę?
    
Nie, mama tego samego dnia już nie wróciła.
Ale wcześniej pani wspominała, że tam odbywały szantaże w stosunku do pani Myślińskiej, że zabierał pieniądze z kasy?
    
A to już potem. On podjął się jak gdyby prowadzenia tego sklepu, ale moja siostra z panią Stasią koniecznie chciały zawiadomić w Jarocinie babcię, rodzinę, że nie mamy rodziców.
A kto podjął się opieki nad paniami?
    
Najpierw pani Stasia, bo nie była jeszcze aresztowana. Dopiero potem, kiedy ciotka z Jarocina dostała przepustkę, przyjechała do Warszawy.
Jak się ciotka nazywała?
    
Maria Krukowska. Widziałam się ze Stasią. Następnie Niemcy zabrali ją z ulicy Stępińskiej.
A pod którym numerem?
    
Tego nie wiem, dlatego, że to był taki mały domek. Ja kiedyś chciałam go zobaczyć, ale tego domu nie ma. To był dom drewniany, w podwórzu i one  tam miały pokój z kuchnią.
Czyli to musiało być parę dni później, po aresztowaniu mamy?
    
Nie, ja tego samego dnia byłam. Stanisława Szuladzińska dopiero została aresztowana jak przyjechała ciotka z Jarocina.
Kiedy to mniej więcej mogło mieć miejsce?
    
Nim listy doszły. Bo jeden list, twierdził, że wrzucił Izdebski, ale on nie wrzucił tego listu. Ta Stasia namówiła moją siostrę, żeby napisała i wrzuciła sama. Ona poszła, sama wrzuciła i ten drugi list dopiero doszedł do babci. Załatwili formalności i ta ciotka przyjechała. Kiedy to mogło być? Tego ja nie wiem. One rozmawiały tego dnia, co ciotka przyjechała i już następnego dnia rano przyszło gestapo, które było dobrze poinformowane. Przypuszczam, że przez tego Izdebskiego. W tym czasie to jeszcze był utrzymywany ten kontakt z Izdebskimi. Później dopiero, jak już tę Stasię aresztowali, to jego żona wyjechała z Warszawy z córką i te stosunki się urwały.
A Izdebski nadal do tej kawiarni przychodził?
    
Nie. Jak ciotka przyjechała, była dosyć energiczna, od razu go wyrzuciła. Nie pozwoliła mu przychodzić, tym bardziej, że siostra jej powiedziała, że pieniądze zabiera. Wtedy sklep został ogołocony i nic nie było. Towar zakupiono, on brał pieniądze i się nie rozliczał.
A jak wyglądał ten kontakt z Pawiakiem? Czy Panie przynosiły tam paczki, jakieś pieniądze wpłacały dla więźniów znajdujących się na Pawiaku, chodzi mi tutaj o rodziców i panią Szuladzińską, czy jakieś informacje wówczas były?
    
Ciotka zanosiła paczki na Pawiak. Ojciec najpierw był na Pawiaku, potem został wywieziony do Dachau i w styczniu 1941 roku ponownie przywieźli go na Pawiak. O tym dowiedzieliśmy się z listu wykopanego z tych grobów na Palmirach, który Czerwony Krzyż oddał. To były porobione wycinki. Po tych wycinkach i po liście, który pisała matka też w języku niemieckim, żeby zwolnili ojca, bo dzieci zostały bez opieki. Wiedziałyśmy o wszystkim. Myśleliśmy, że ojca wypuszczą, ale krótko był na Pawiaku, bo albo w styczniu albo w lutym 1941 roku wywieźli go do Oświęcimia i z Oświęcimia przyszedł telegram o śmierci ojca.
Zmarł 21 III 1941 roku.
    
Tak. A matka wciąż jeszcze była na Pawiaku. Ciotka zanosiła tam paczki, ale co do niej dotarło, to tego nie wiemy. W każdym razie to był ostatni kontakt z mamą. Przychodziła kobieta, podająca się za Rumunkę i jak gdyby ciotce wróżyła i powiedziała, że ojciec już nie żyje, ale matka jest uwięziona i w dalszym ciągu jest na Pawiaku. Powiedziała też, że już więcej nie przyjdzie, dlatego, że dobrych wiadomości nie ma. Potem dowiedziałyśmy się z gazetki konspiracyjnej, której wycinek ktoś nam przyniósł, podzielony na pół, jeden w jednym bucie, drugi w drugim bucie, że było to rozstrzelanie w Palmirach 12 VI 1941 roku.
Ale w międzyczasie dotarło policyjne zawiadomienie o śmierci mamy bez podania przyczyny zgonu?
    
Odnośnie matki dopiero w 1942 roku.
Dopiero po pół roku.
    
Myśmy wiedziały tylko z tej gazetki, że mama nie żyje i przyszły rzeczy z Pawiaka, zapakowane mamy ręką, wszystko przyszło.
Taki depozyt.
    
Tak.
A co w tym depozycie było, co sobie Pani przypomina?
    
Były chusteczki, dwie wyhaftowane na niebieskim materiale. Ja nie wiem, czy Niemcy nie mieli takich koszul? W każdym razie mama musiała pracować w szwalni. U mnie było napisane Bożena i data urodzenia, a u siostry Maria i też data urodzenia i jedna chusteczka dla ciotki. W tej paczce był list. Napisała, że osoba, która ją oskarżyła jest jej nieznana. Nie uratowałyśmy potem tego listu, ponieważ zakopałyśmy w dużej piwnicy. Wydawało się, że jak wrócimy po Powstaniu, to się on uchroni, ale byli lepsi od nas, którzy penetrowali te piwnice. Tym bardziej, że nie zakopałyśmy same tylko z policjantem. Potem jak nas wyrzucili, spotkaliśmy się z tym policjantem w Piastowie. On miał jakieś kontakty z Niemcami, bo przyjechał do Warszawy i to wykopał. Myśmy takiej możliwości nie miały.
Czyli ten kontakt urywa się z mamą, a co się dzieje, jeśli chodzi o panią Stanisławę Szuladzińską?
    
Kontaktowała się z nią jej siostra Władysława, chodziła na Pawiak i te paczki zanosiła, ale jak dokładnie było, to nie pamiętam.
Czy do rodziny pani Władysława przychodziła też z informacjami, co się dzieje na Pawiaku? Co się dzieje z Pani mamą? Co się dzieje z Panią Stanisławą? Czy te kontakty były bezpośrednie?
    
Mnie w to nie wtajemniczali. Miałam wtedy 8 lat. Ona przychodziła.  Potem zachorowałam na dyzenterię i przyszedł lekarz z pochodzenia Żyd, ponieważ to była krwawa dyzenteria, nie mogłam być przy sklepie i on powiedział, że jeżeli skieruje mnie do szpitala, to już stamtąd nie wyjdę. Nie mógł żadnych lekarstw przepisać, ale domowym sposobem postanowił mnie wyleczyć, tylko musiałam opuścić mieszkanie. Wtedy zabrała mnie Władysława Szuladzińska na Stępińską.
Z tej Czerniakowskiej 143a?
    
Tak. A już byłam bardzo słaba. Wiozła mnie w wózku dziecięcym. Tam wyleczyła mnie, tak jak on zalecił, kleikiem z ryżu i herbatą z suszonych jagód. Jadłam tylko to, z tym, że bardzo się buntowałam, bo to było nie dobre.
Rozumiem, że z Panią przez cały czas była starsza siostra Pani Maria?
    
Siostra została w sklepie razem z ciotką, a ja byłam na Stępińskiej u pani Władysławy Szuladzińskiej.
Jakie były dalsze Pani i Pani siostry losy już po śmierci rodziców?
    
Ja chodziłam dalej do szkoły, siostra - do nazaretanek i razem prowadziły z ciotką sklep. Jeździłam na Bródno do stryja Józefa Myślińskiego i przywoziłam od niego bimber. Woziłam zawsze teczkę, w której były pestki i dwie butelki bimbru lub spirytusu. Tym moja ciotka i siostra handlowały.
Czyli ten interes w zasadzie został uratowany?
    
Tak.
I nadal ludzie przychodzili, Niemcy się stołowali na Czerniakowskiej?
    
Już Niemców nie było. Tam przychodzili dorożkarze po setę i zagryzkę. Ciotka chodziła na Koszykową po zagryzkę. Kupowała boczek, który gotowała i bardzo im smakował. Było to zawsze 10 deko boczku i chleb. Takie charakterystyczne, co pamiętam, że oni przychodzili, tę setę wypijali, wąchali chleb i dopiero jedli ten boczek z chlebem. Wzbudzało to u mnie śmiech.
I tak do Powstania Warszawskiego ten interes funkcjonował na Czerniakowskiej?
    
Tak. Cały czas.
A Pani Władysława ze Stępińskiej, gdzie się później przeniosła?
    
Ona przeniosła się na plac Trzech Krzyży. To był narożnik placu Trzech Krzyży i Książęcej, a graniczył z Zakładem Głuchoniemych. Ja tam przyjeżdżałam do niej. Ona służyła u Niemki, która była właściwie volksdeutschką, pochodziła z Rosji. A ten jej syn pracował na rzecz Polaków.
A jak się nazywał?
    
Nie pamiętam. On miał kontakt z organizacją konspiracyjną. Potem oni przenieśli się do Piastowa. Ja też tam u nich byłam.
A Pani, gdzie wtedy przebywała?
    
Ja zawsze mieszkałam na Czerniakowskiej z ciotką i siostrą.
A w okresie wybuchu Powstania Warszawskiego, w jakich okolicznościach zastał Panią 1 sierpnia 1944 roku, jak sobie Pani przypomina to na Dolnym Mokotowie?
    
Przyszedł pewien młodzian i zapytał, czy może zostawić rower? Ciotka mu pozwoliła i między stolikami go postawił. Przed piątą rozpoczęły się strzały i wtedy spuściłyśmy kratę. Zamknęłyśmy i nikogo nie wpuściłyśmy. Zostałam z ciotką, z tym, że siostra wyszła i jej nie było do 15 sierpnia. Ona nie powiedziała, dokąd poszła, ale potem dowiedziałam się, że się udała na Nowosielecką. Wróciła 15 sierpnia, gdy Niemcy rozstrzelali żołnierzy z jej oddziału. Ona tam była sanitariuszką i miała ich ratować, ale nie miała możliwości nawet podejścia do rannych żołnierzy.
A w tym czasie, jaki był los Pań?
    
Myśmy siedziały w domu. Organizowałyśmy kuchnię. Co kto miał, przynosił i na dole się u nas gotowało i każdy mógł dostać po łyżce zupy.
Wszyscy okoliczni mieszkańcy się tam stołowali?
    
Tak. Z tego domu.
A dużo rodzin mieszkało w tym domu?
    
Dom był czteropiętrowy. Mieszkała tam pani Zaleska, pani Mrozowska, której mąż był lotnikiem. Ona sama mieszkała, ponieważ nie wrócił; Suchocka, mająca dwóch chłopców i dozorca Drozd. Przed Powstaniem oni wyjechali.
Ci państwo Drozdowie?
    
Tak. Tam zostało kilka osób: Ładowski i ten policjant.
Także przez cały czas te rodziny pomagały sobie nawzajem?
    
Tak, co kto miał z zapasów przynosił i razem tam gotowali.
Czy była Pani takim biernym świadkiem, tego co się działo na zewnątrz na tych ulicach, jakiejś strzelaniny, jakiś walk z Niemcami?
    
Walk to nie. Pamiętam bunkier i czasami ktoś wychodził kanałem. Znajdował się naprzeciwko naszego sklepu. Wychodzący podnosił wieko i kierował się najbliższą drogą do sklepu. Ta krata nie była na początku spuszczona zupełnie do dołu, tylko trochę uchylona. Kto mógł, to się tam dostał. Był taki jeden pan, co przyszedł bardzo ubrudzony. Mieliśmy jeszcze wodę, także umył się u nas, a ciotka oczyściła mu ubranie.
To był powstaniec?
    
Tak. Poszedł, kto to był, tego nie wiedzieliśmy.
A czy do tej kawiarni w ogóle powstańcy zaglądali w tym czasie?
    
Ja przypuszczam, że tak. Był taki przypadek, że ktoś przyniósł list do Kazimierza Szadkowskiego. Ktoś go poszukiwał.
Przez Pocztę Polową?
    
Przyniósł jakiś harcerzyk, chłopiec i dał siostrze ten list, mówiąc: „niech pani przeczyta, to jest do pana Szadkowskiego". Ona zaczęła otwierać, ale ja wtedy do niej powiedziałam: „słuchaj, mama nie kazała czytać czyichś listów". Czy to było podejście ze strony Niemców? Czy rzeczywiście chcieli się skontaktować? Tego nie wiem. Siostra oddała mu ten list, ponieważ tu, Szadkowski nie przychodził. Ten chłopiec złapał ten list i uciekł. Szadkowski był poszukiwany cały czas, bo nawet w Poznaniu wcześniej Niemcy aresztowali lekarza o takim samym nazwisku, którego przywieźli na Pawiak. On się z ojcem skontaktował i siedział w jego sprawie. Ojciec jego nie rozpoznał. I podobno wyjaśnił, że to jest obcy człowiek, a nie Szadkowski. A skąd to wiem? Dlatego, że przyszedł jakiś człowiek zwolniony z gestapo, który przyniósł rysunek ojca, przedstawiający jego twarz. Mówił, że ojciec się dobrze czuje, ale, że wyjedzie do Oświęcimia. To był właściwie ostatni moment.
Wróćmy do Powstania Warszawskiego, jak Pani pamięta 20 sierpnia 1944 roku, ten moment wypędzenia z domu?
    
Z Wszystkich domów po tamtej stronie Czerniakowskiej i tutaj od koszar do Nazaretanek Niemcy kazali ludziom wyjść na ulicę. Staliśmy na ulicy 29 listopada.
Czy dali wam czas, żeby zabrać jakieś najpotrzebniejsze rzeczy? Jak to wyglądało?
    
Trwało to 10 minut i już: „wychodzić! wychodzić!". To się właściwie nic nie zabrało. Zdążyłyśmy się ubrać. Niemcy głośno krzyczeli i poganiali. Ciotka wzięła tylko zsiadłe mleko. Wyszłyśmy, tak jak stałyśmy. To był upał. Ja miałam taki płaszczyk, który się zrobił za krótki, bo szybko rosłam i miałam za małe buty. Wyrzucili nas na 29 listopada i tam bardzo długo stałyśmy. Zrobił się duży tłum i mówili, że poprowadzą nas, że będziemy żywymi tarczami i pójdziemy przed czołgami.
Czy określili kierunek, którędy będziecie szli?
    
Tak. Czy to była pogłoska, czy to Niemcy powiedzieli, tego to nie wiem. Poszliśmy pod górę [ul. Agricola] aż do alei Szucha. W alei Szucha Niemcy wybrali wszystkich mężczyzn. To byli właściwie tylko chłopacy.
Czyli dokonali selekcji?
    
Tak i nas puścili pod nadzorem. Doszliśmy do placu na Rozdrożu. Szliśmy Koszykową do Mokotowskiej i dalej Mokotowską, ale tam już nas nie pilnowali. Szliśmy całą tą ulicą długo, aż doszliśmy do kolejki do Nowogrodzkiej, ale którędy przechodziliśmy, tego nie pamiętam.
Czyli przedostaliście się na stronę powstańców?
    
Tak. Puścili nas. Nie było żadnej strzelaniny. Tylko jak ktoś chciał podejść do domu, to wtedy był strzał. Nie wiedziałam, czy to powstańcy strzelali, czy Niemcy. Puścili nas luźno. To była grupa, która przeszła przez barykadę. Wyszliśmy do tej kolejki, tylko, w którym to miejscu było, to nie wiem. Bo ta kolejka jechała podobno, mówili, że po Niemców do Warszawy. Zatrzymała się. Zapytano nas, skąd jesteśmy? My, że z Warszawy; to wsiadajcie. Wsiedliśmy szybko do tej kolejki. Pojechaliśmy w stronę Piastowa i nas tam wyrzucili, bo w Pruszkowie byli Niemcy i obóz. Wysadzili nas w tym Piastowie i pani Zaleska, która mieszkała na II piętrze u nas, ona tam miała swojego syna, który prowadził na rynku budkę z jakąś żywnością, artykułami spożywczymi. Tam się zatrzymaliśmy u niego w domu. Oddał nam pokój, w którym był jakiś pan i pani z synem, która wyjechała później do Łodzi.
Też mieszkańcy z Warszawy?
    
Tak.
A z Panią, kto był wtedy?
    
A ze mną była siostra i ciotka.
Czyli we trzy dostałyście się do Piastowa.
    
Tak. Byłyśmy tam przez jakiś czas, aż ciotka się skontaktowała z Jarocinem, z ciotkami i one starały się, żebyśmy przyjechały do Jarocina. Siostra pracowała u tego pana w tym kiosku.
A ten pan jak się nazywał?
    
Zaleski. On tam mieszkał z żoną i całą swoją rodziną. Siostrę kiedyś aresztowali. Była łapanka w Piastowie i w tym kiosku, jakaś była skrytka, do której ona się chowała, ale wtedy nie zdążyła się schować. Niemcy zabrali ją i wywieźli do Pruszkowa. Ciotka spakowała tę teczkę, co miałyśmy i poszłyśmy do Pruszkowa. Ja nie chciałam tam iść. Wiedziałam, że wywożą młodych do Niemiec na roboty, a starszych do Częstochowy. Ciotka koniecznie chciała jechać. Poszłyśmy do takiego punktu w tym Pruszkowie i ciotka zgłosiła się, że ona i ja chcemy jechać do Niemiec, tam, gdzie wywożą siostrę. Ale oni nas nie przyjęli. Pewno się zdziwili. Czy to byli Niemcy, czy to byli Polacy? Tego nie wiem. Pamiętam, że siedziałam na tej teczce i tylko myślałam, żeby jej nie zabrali i żeby nas nie chcieli wziąć. I nie wzięli nas. Wróciłyśmy do Piastowa z powrotem, a siostra nadal była w obozie. Po trzech dniach siostra wróciła nocą. Okazało się, że jak była selekcja w Pruszkowie do Niemiec i do Częstochowy, ona wtedy zaciągnęła chustkę na głowę i kiwnęła na takiego, co pilnował. On się odwrócił i ona przebiegła do tej grupy do Częstochowy. Przyjechała do Tomaszowa Mazowieckiego. W Tomaszowie pociąg zatrzymał się w polu i tam wysiadła. Spotkała kolejarza, idącego ze służby, który zapytał, gdzie ona tu idzie? Wrócił się z nią do stacji. Kupił bilet. Dał ją pod opiekę pewnej przekupce i przyjechała do nas.
Także wielka radość zapanowała w domu.
    
Siostra się odnalazła bardzo zawszawiona. Potem było prasowanie, pranie, mycie, bo to i włosy zawszawione, ubranie i wszelkie rodzaje wesz ona miała. Potem automatycznie to się rozniosło na nas.
Mieszkaliście w tym Piastowie aż do przybycia frontu?
    
Nie. Potem ciotka z Jarocina napisała do Opoczna, bo tam zostali wywiezieni jarociniacy i umówiła się tak, że każda z nas trafi do kogo innego. Ciotka do jednych kupców, siostra do drugich i ja do trzecich. Każda z nas oddzielnie mieszkała. Zajechaliśmy do tego Opoczna i wtedy już razem nie mieszkałyśmy. Nikt nie chciał utrzymywać trzech osób.
Ale utrzymywałyście kontakty ze sobą nadal?
    
Tak i tam nas zastał front rosyjski. Ale tam były bitwy bardzo zacięte.
Jak to sobie Pani przypomina te wydarzenia?
    
Ja pobiegłam do siostry, bo ci, u których byłam, mówili mi: „idź do siostry, żebyście były razem", więc ja pobiegłam do tych kupców. To byli kaletnicy. Oni buty sprzedawali. Front ruszył. Raz byli Rosjanie, raz byli Niemcy. Tam chyba przez trzy dni toczyły się walki. Weszłyśmy na pole i na tym polu była taka stodoła. W tej stodole myśmy się przechowały. A z ciotką nie miałyśmy kontaktu, bo mieszkała u Nawrockich (on był fryzjerem; to byli bardzo starzy ludzie). Ona z nimi przebywała i im pomagała. Potem wróciłyśmy do Opoczna, po tych wszystkich działaniach, z tym, że wtedy już byli Rosjanie. Pamiętam, że przedtem były wykopane takie rowy przeciwczołgowe i tam bardzo dużo Niemców zginęło w walkach z Rosjanami. Widziałam, jak wyrzucali ciała. To byli już goli ludzie. Wrzucali ich do rowów i zalewali wapnem, także pod całym Opocznem jest pochowanych pełno Niemców.
Jak Pani zapamiętała wejście Sowietów do Opoczna?
    
Okropnie. Ja miałam dwa razy możliwość poznania Rosjan. Raz w 1939 roku, gdzie byli bardzo eleganccy i przyzwoicie się zachowywali, a tutaj byli ordynarni. Pewien żołnierz wjechał na koniu do kuchni, tam, gdzie byłyśmy i był ten pan z żoną. Jak żołnierz obrócił się na koniu, to nie było gdzie się schować, zawsze się tym ogonem dostało. Zwrócił się do tego pana, aby pokazał „czasy". On pokazał na budzik. Nie, pokazał na łańcuszek. Potem zaczął mu bronią grozić i w nas celował, w siostrę celował, w tę żonę celował i ja powiedziałam mu, że „niech Pan pokaże mu tę godzinę". To był tylko moment. On wyciągnął ten zegarek, ten odciął, konia zaciął i wyjechał. Tamten stracił jakiś zabytkowy zegarek, który miał z I wojny światowej, z dedykacją. Ale uratował rodzinę, siebie i nas. Potem było tak, że ja z ciotką pojechałyśmy z Opoczna do Jarocina, do rodziny, z tym, że Poznań jeszcze wtedy się bronił. Cytadela się jeszcze broniła. Myśmy wtedy dotarły 27 stycznia 1945 roku do Jarocina. Jechałyśmy raz na węglu, raz na lokomotywie i tak dojechałyśmy. Zatrzymał się pociąg przed Jarocinem na polach. Myśmy wysiadły z ciotką i doszłyśmy do babci do młyna. I tam już zostałyśmy.
Do zakończenia wojny?
    
Tak, ale siostra została z państwem o nazwisku Goćwińscy w Opocznie. Dlatego, że on nie słyszał. Ta żona też była już starsza, także potrzebowała opieki i ona przyjechała później dopiero z nimi do Jarocina.
Czy po wojnie Panie przyjeżdżały do Warszawy?
    
Ja nie byłam. Przyjechała ciotka. Nie chciała tam wracać. Myśmy chciały wracać. Władysława Szuladzińska znalazła się pod Jarocinem w Witaszycach i z nią nawiązałyśmy kontakt. Powiedziała nam, że ponieważ myśmy zostawiły mieszkanie i sklep, powinnyśmy do tego, co pozostało po rodzicach, wrócić, ale ciotka nie chciała. Moja siostra miała 14-15 lat, a ja odpowiednio młodsza. My same nie mogłyśmy tu wrócić i nikt nie chciał z nami wrócić. Ja po okupacji nie byłam. Wiedziałam, że nic nie było zburzone na tej Czerniakowskiej. Dom stał, sklep i mieszkanie były. Zamieszkał tam dozorca. Ciotka, jak przyjechała do Warszawy, sprzedała im ten sklep i to mieszkanie. Kupiła buty dla siostry i dla mnie płaszcz.
A w którym momencie postanowiły panie podjąć działania zmierzające do poszukiwań jednak swoich zmarłych rodziców?
    
Dałam Panu taką kartkę [przechowywana w zbiorach Muzeum-Miejsce Pamięci Palmiry oddział Muzeum Historycznego m. st. Warszawy]. Na tej kartce jest nazwisko, gdzie miałyśmy się zgłosić.
Na plac Małachowskiego.
    
Tak.
W jakich okolicznościach, kiedy ta kartka dotarła do pań?
    
Ktoś ją przyniósł do babci do Jarocina, że tam mamy się zgłosić i tam jest nazwisko i plac Małachowskiego. Ja tu przyjechałam z ciotką, w którym to było roku? To nie pamiętam.
Chyba dosyć wcześnie w 1946, 1947 roku?
    
Tak. Wcześnie, bo tam się mieścił Polski Czerwony Krzyż i były listy, bo przy ekshumacji myśmy nie były. Tylko każda postać była opisana. Ponieważ znałyśmy datę i ile osób zostało rozstrzelanych, pokazałyśmy tę kartkę. Oni sobie zrobili odpis, bo ciotka nie chciała oddać tej kartki i niektóre nazwiska już się zgadzały, bo ktoś tam wyszukał. Czytali po kolei, jak kto był ubrany, jakiego wzrostu, co się znajdowało w depozycie. Najpierw nie przeczytali tego nazwiska, to znaczy opisu tej osoby, ale potem ta pani mówi: „ojej, tu ktoś stwierdził, że to nie ta osoba i było przekreślone, mówi, że przeczyta" i przeczytała o siwych włosach i co charakterystyczne było, że matka zostawiła sobie pelisę i było napisane pelisa. Kazali nam opisać, jak mama mogła być ubrana w momencie śmierci, ponieważ te wszystkie rzeczy przyszły do nas, to wiedziałyśmy, że miała tę suknię w pepitkę, pelisę; były papierosy i cygarniczka.
Osobiste jakieś rzeczy?
    
Tak. Szczoteczka do zębów i z wszystkiego były porobione wycinki, to znaczy z ubrań, których już nie było, wszystko opisane. Pelisa prawdopodobnie się rozleciała, był czarny materiał i list. Ten list, który ona pisała o zwolnienie ojca. Poznałam po charakterze pisma i już było wiadomo.
Zidentyfikowałyście go panie?
    
Tak.
Co czułyście, kiedy odnalazłyście te pamiątki po mamie?
    
Wspominam, że byłam wtedy za wesoła, że to znalazłam. Zdziwiłam się, że mama papierosy paliła, bo przy nas nie paliła, ale podobno podpalała. Ja języka niemieckiego nie znałam, ale ciotka się orientowała i było napisane w liście Walenty Myśliński.
To wskazywało na panią Leokadię Myślińską.
    
Tak. A poza tym jej siostry miały bardzo podobny do siebie charakter pisma, może kaligrafia?
Może w jednej szkole były uczone?
    
Ale ich było trzynaście. Bo moja matka była druga w kolejności. Pierwszy brat, który zginął w Katyniu, potem matka, potem Drobiazgi i najmłodsza była z 1917 roku. Między moją matką a tą najmłodszą to 20 lat różnicy.
Czy w trakcie tej identyfikacji, jak panie zidentyfikowały tę postać, czy dostałyście ten depozyt po mamie?
    
Tak. Dostałyśmy ten depozyt, z tym, że on był dezynfekowany, taki bardzo pachnący i ja chciałam to zatrzymać. Ciotki się nie zgodziły i zostało to zakopane w grobie rodzinnym matki, w którym leży również babcia, w Jarocinie.
Polski Czerwony Krzyż wystawił zawiadomienie o śmierci mamy?
    
Tak. Przekazałam Panu do Muzeum w Palmirach. Potem przyjechałyśmy znowu z siostrą do Warszawy w późnych latach.
Po ekshumacji udało się Paniom zidentyfikować mamę Leokadię Myślińską, czy Panie potem przyjechały z Jarocina, aby zobaczyć budujący się Cmentarz w Palmirach?
    
Byłyśmy tam od razu. Dojechałyśmy tylko do wioski Palmiry i po raz pierwszy szłam z ciotką pieszo 7 kilometrów. Tam był leśniczy, nie pamiętam, jak on się nazywał?
Adam Herbański.
    
Tak. On miał spis i wskazał, który to jest grób, bo myśmy już miały z Czerwonego Krzyża zawiadomienie z numerem grobu i tej alei. Groby są w trzech segmentach. Było podane od góry chyba dwudziesty trzeci i siódmy grób.
Czy w międzyczasie podjęłyście Panie poszukiwania Stanisławy Szuladzińskiej?
    
Nie, bo ciotka nie chciała. Nie wiem, dlaczego? Mówiła, że ma siostrę, a to jej była najmłodsza siostra, najbardziej ukochana. Ta siostra nawet nie była na Palmirach. Tak jej śmierć przeżyła, że nie chciała do tego wracać.
Czyli Pani Szuladzińska nie została zidentyfikowana?
    
Nie. Myśmy też mało wiedziały, tylko tyle, że była niskiego wzrostu.
I ta fotografia, która się Pani zachowała.
    
Tak. Tę fotografię dostałam od Stanisławy, jak była w tym sklepie.
Czy potem odwiedzała Pani nadal ten cmentarz w Palmirach, kontaktowała się Pani z gajowym Herbańskim? 
    
To znaczy takiego kontaktu nie było. Przyjeżdżałyśmy tutaj na Wszystkich Świętych. Potem przyjechałam z młodszą siostrą matki, Moniką Krukowską. Pamiętam, że wtedy pociągi były jeszcze przepełnione. Nie miałyśmy u kogo nocować, więc wracałyśmy.
Jakie były Pani losy po wojnie?
     
Po wojnie babcia Joanna Krukowska zajmowała się nami. Była mała, ale energiczna. Niektórzy z rodziny się oburzali, że matka dostała swój posag, więc, z jakiej racji my, ale ona powiedziała, że nas utrzyma i doprowadzi do matury.
Także wykształciła Panią?
    
Tak. Nie było mowy o dalszych studiach. Powiedziała, że do matury nas doprowadzi, abyśmy mogły zdobyć zawód.
I jaki potem udało się zdobyć zawód, po tej szkole?
    
Ja chodziłam do szkoły do Krotoszyna, potem do szkoły drogistowskiej. Ponieważ kuzynka matki miała drogerię, nie miała dzieci, i mówiła „wyucz się zawodu, to Ci oddam drogerię". Ale potem wszystkie drogerie upaństwowili i jej nie dostałam. Potem pracowałam w księgowości, z tym, że najpierw pracowałam w laboratorium w Poznaniu.
Co to było za laboratorium?
    
To było laboratorium kosmetyczne firmy „Nivea". Nazywało się wówczas „Pebeko". Tam mi się bardzo podobało, ale ja miałam wysięk z szyi od dziecka, a w tym laboratorium bardzo mi się pogorszyło zdrowie. Zaczęła mi wyciekać flegma. Musiałam przestać pracować w tym laboratorium. Poddałam się operacji. Wiedziałam, że matka chciała mnie operować, ale lekarze twierdzili, że albo naruszą mi struny głosowe albo będę się jąkać albo przestanę mówić. Potem wojna wybuchła i matka nie wracała do tego. Po skończeniu matury, jak zaczęłam pracować, poddałam się tej operacji, co prawda dwa razy, jedna nieudana, drugi raz mi dobrze zrobili i potem zostałam księgową.
Czy Pani pracowała w księgowości w tej miejscowości?
    
Pracowałam w Jarocinie w Centrali Ogrodniczej. Tam zapoznałam swojego męża. Wydawało mi się, że złapałam Pana Boga za nogi. Trochę imponowało mi, tym bardziej, że pochodził z dziedziców, mieli majątek na Pomorzu, który został odebrany. Wyszłam za niego za mąż i zamieszkałam w Gnieźnie. W Gnieźnie mieszkałam 5 lat. Mój mąż był w wojsku i nie dostał przepustki i śpiewali kolędy w wigilię. Zamknęli ich za to i skazali na 5 lat.
A do Warszawy, kiedy Pani przyjechała, ażeby zamieszkać na stałe?
    
Jak Henryk przyjechał do Jarocina, to było w roku 1980, czyli dosyć późno. Miałam wychowaną dwójkę dzieci i powiedział: „Chodź, pojedziemy do Warszawy" i przyjechałam i tu już zostałam.

                                                                                 

                                          

                

                   

                                   

 Wstecz...


 
Materiały dodatkowe
         
 
search szukaj
 
   

Copyright © Muzeum Warszawy :: 2007

   
  Projekt jest realizowany przez Muzeum Warszawy we współpracy z Archiwum Państwowym m. st. Warszawy oraz niemiecką fundację Stiftung Niedersachsische Gedenkstatten