Informacje o projekcie  |  Informacje o uczestnikach projektu  |  Aktualności  |  Sponsorzy  |  Kontakt  | 
         

search szukaj
 

Relacja Bożeny Myślińskiej


foto

Potem było tak, że ja z ciotką pojechałyśmy z Opoczna do Jarocina, do rodziny, z tym, że Poznań jeszcze wtedy się bronił. Cytadela się jeszcze broniła. Myśmy wtedy dotarły 27 stycznia 1945 roku do Jarocina. Jechałyśmy raz na węglu, raz na lokomotywie i tak dojechałyśmy. Zatrzymał się pociąg przed Jarocinem na polach. Myśmy wysiadły z ciotką i doszłyśmy do babci do młyna. I tam już zostałyśmy.
Do zakończenia wojny?
    
Tak, ale siostra została z państwem o nazwisku Goćwińscy w Opocznie. Dlatego, że on nie słyszał. Ta żona też była już starsza, także potrzebowała opieki i ona przyjechała później dopiero z nimi do Jarocina.
Czy po wojnie Panie przyjeżdżały do Warszawy?
    
Ja nie byłam. Przyjechała ciotka. Nie chciała tam wracać. Myśmy chciały wracać. Władysława Szuladzińska znalazła się pod Jarocinem w Witaszycach i z nią nawiązałyśmy kontakt. Powiedziała nam, że ponieważ myśmy zostawiły mieszkanie i sklep, powinnyśmy do tego, co pozostało po rodzicach, wrócić, ale ciotka nie chciała. Moja siostra miała 14-15 lat, a ja odpowiednio młodsza. My same nie mogłyśmy tu wrócić i nikt nie chciał z nami wrócić. Ja po okupacji nie byłam. Wiedziałam, że nic nie było zburzone na tej Czerniakowskiej. Dom stał, sklep i mieszkanie były. Zamieszkał tam dozorca. Ciotka, jak przyjechała do Warszawy, sprzedała im ten sklep i to mieszkanie. Kupiła buty dla siostry i dla mnie płaszcz.
A w którym momencie postanowiły panie podjąć działania zmierzające do poszukiwań jednak swoich zmarłych rodziców?
    
Dałam Panu taką kartkę [przechowywana w zbiorach Muzeum-Miejsce Pamięci Palmiry oddział Muzeum Historycznego m. st. Warszawy]. Na tej kartce jest nazwisko, gdzie miałyśmy się zgłosić.
Na plac Małachowskiego.
    
Tak.
W jakich okolicznościach, kiedy ta kartka dotarła do pań?
    
Ktoś ją przyniósł do babci do Jarocina, że tam mamy się zgłosić i tam jest nazwisko i plac Małachowskiego. Ja tu przyjechałam z ciotką, w którym to było roku? To nie pamiętam.
Chyba dosyć wcześnie w 1946, 1947 roku?
    
Tak. Wcześnie, bo tam się mieścił Polski Czerwony Krzyż i były listy, bo przy ekshumacji myśmy nie były. Tylko każda postać była opisana. Ponieważ znałyśmy datę i ile osób zostało rozstrzelanych, pokazałyśmy tę kartkę. Oni sobie zrobili odpis, bo ciotka nie chciała oddać tej kartki i niektóre nazwiska już się zgadzały, bo ktoś tam wyszukał. Czytali po kolei, jak kto był ubrany, jakiego wzrostu, co się znajdowało w depozycie. Najpierw nie przeczytali tego nazwiska, to znaczy opisu tej osoby, ale potem ta pani mówi: „ojej, tu ktoś stwierdził, że to nie ta osoba i było przekreślone, mówi, że przeczyta" i przeczytała o siwych włosach i co charakterystyczne było, że matka zostawiła sobie pelisę i było napisane pelisa. Kazali nam opisać, jak mama mogła być ubrana w momencie śmierci, ponieważ te wszystkie rzeczy przyszły do nas, to wiedziałyśmy, że miała tę suknię w pepitkę, pelisę; były papierosy i cygarniczka.
Osobiste jakieś rzeczy?
    
Tak. Szczoteczka do zębów i z wszystkiego były porobione wycinki, to znaczy z ubrań, których już nie było, wszystko opisane. Pelisa prawdopodobnie się rozleciała, był czarny materiał i list. Ten list, który ona pisała o zwolnienie ojca. Poznałam po charakterze pisma i już było wiadomo.
Zidentyfikowałyście go panie?
    
Tak.
Co czułyście, kiedy odnalazłyście te pamiątki po mamie?
    
Wspominam, że byłam wtedy za wesoła, że to znalazłam. Zdziwiłam się, że mama papierosy paliła, bo przy nas nie paliła, ale podobno podpalała. Ja języka niemieckiego nie znałam, ale ciotka się orientowała i było napisane w liście Walenty Myśliński.
To wskazywało na panią Leokadię Myślińską.
     Tak. A poza tym jej siostry miały bardzo podobny do siebie charakter pisma, może kaligrafia?
Może w jednej szkole były uczone?
    
Ale ich było trzynaście. Bo moja matka była druga w kolejności. Pierwszy brat, który zginął w Katyniu, potem matka, potem Drobiazgi i najmłodsza była z 1917 roku. Między moją matką a tą najmłodszą to 20 lat różnicy.
Czy w trakcie tej identyfikacji, jak panie zidentyfikowały tę postać, czy dostałyście ten depozyt po mamie?
    
Tak. Dostałyśmy ten depozyt, z tym, że on był dezynfekowany, taki bardzo pachnący i ja chciałam to zatrzymać. Ciotki się nie zgodziły i zostało to zakopane w grobie rodzinnym matki, w którym leży również babcia, w Jarocinie.
Polski Czerwony Krzyż wystawił zawiadomienie o śmierci mamy?
    
Tak. Przekazałam Panu do Muzeum w Palmirach. Potem przyjechałyśmy znowu z siostrą do Warszawy w późnych latach.
Po ekshumacji udało się Paniom zidentyfikować mamę Leokadię Myślińską, czy Panie potem przyjechały z Jarocina, aby zobaczyć budujący się Cmentarz w Palmirach?
    
Byłyśmy tam od razu. Dojechałyśmy tylko do wioski Palmiry i po raz pierwszy szłam z ciotką pieszo 7 kilometrów. Tam był leśniczy, nie pamiętam, jak on się nazywał?
Adam Herbański.
    
Tak. On miał spis i wskazał, który to jest grób, bo myśmy już miały z Czerwonego Krzyża zawiadomienie z numerem grobu i tej alei. Groby są w trzech segmentach. Było podane od góry chyba dwudziesty trzeci i siódmy grób.
Czy w międzyczasie podjęłyście Panie poszukiwania Stanisławy Szuladzińskiej?
    
Nie, bo ciotka nie chciała. Nie wiem, dlaczego? Mówiła, że ma siostrę, a to jej była najmłodsza siostra, najbardziej ukochana. Ta siostra nawet nie była na Palmirach. Tak jej śmierć przeżyła, że nie chciała do tego wracać.
Czyli Pani Szuladzińska nie została zidentyfikowana?
    
Nie. Myśmy też mało wiedziały, tylko tyle, że była niskiego wzrostu.
I ta fotografia, która się Pani zachowała.
    
Tak. Tę fotografię dostałam od Stanisławy, jak była w tym sklepie.
Czy potem odwiedzała Pani nadal ten cmentarz w Palmirach, kontaktowała się Pani z gajowym Herbańskim? 
    
To znaczy takiego kontaktu nie było. Przyjeżdżałyśmy tutaj na Wszystkich Świętych. Potem przyjechałam z młodszą siostrą matki, Moniką Krukowską. Pamiętam, że wtedy pociągi były jeszcze przepełnione. Nie miałyśmy u kogo nocować, więc wracałyśmy.
Jakie były Pani losy po wojnie?
    
Po wojnie babcia Joanna Krukowska zajmowała się nami. Była mała, ale energiczna. Niektórzy z rodziny się oburzali, że matka dostała swój posag, więc, z jakiej racji my, ale ona powiedziała, że nas utrzyma i doprowadzi do matury.
Także wykształciła Panią?
    
Tak. Nie było mowy o dalszych studiach. Powiedziała, że do matury nas doprowadzi, abyśmy mogły zdobyć zawód.
I jaki potem udało się zdobyć zawód, po tej szkole?
    
Ja chodziłam do szkoły do Krotoszyna, potem do szkoły drogistowskiej. Ponieważ kuzynka matki miała drogerię, nie miała dzieci, i mówiła „wyucz się zawodu, to Ci oddam drogerię". Ale potem wszystkie drogerie upaństwowili i jej nie dostałam. Potem pracowałam w księgowości, z tym, że najpierw pracowałam w laboratorium w Poznaniu.
Co to było za laboratorium?
    
To było laboratorium kosmetyczne firmy „Nivea". Nazywało się wówczas „Pebeko". Tam mi się bardzo podobało, ale ja miałam wysięk z szyi od dziecka, a w tym laboratorium bardzo mi się pogorszyło zdrowie. Zaczęła mi wyciekać flegma. Musiałam przestać pracować w tym laboratorium. Poddałam się operacji. Wiedziałam, że matka chciała mnie operować, ale lekarze twierdzili, że albo naruszą mi struny głosowe albo będę się jąkać albo przestanę mówić. Potem wojna wybuchła i matka nie wracała do tego. Po skończeniu matury, jak zaczęłam pracować, poddałam się tej operacji, co prawda dwa razy, jedna nieudana, drugi raz mi dobrze zrobili i potem zostałam księgową.
Czy Pani pracowała w księgowości w tej miejscowości?
    
Pracowałam w Jarocinie w Centrali Ogrodniczej. Tam zapoznałam swojego męża. Wydawało mi się, że złapałam Pana Boga za nogi. Trochę imponowało mi, tym bardziej, że pochodził z dziedziców, mieli majątek na Pomorzu, który został odebrany. Wyszłam za niego za mąż i zamieszkałam w Gnieźnie. W Gnieźnie mieszkałam 5 lat. Mój mąż był w wojsku i nie dostał przepustki i śpiewali kolędy w wigilię. Zamknęli ich za to i skazali na 5 lat.
A do Warszawy, kiedy Pani przyjechała, ażeby zamieszkać na stałe?
    
Jak Henryk przyjechał do Jarocina, to było w roku 1980, czyli dosyć późno. Miałam wychowaną dwójkę dzieci i powiedział: „Chodź, pojedziemy do Warszawy" i przyjechałam i tu już zostałam.

 Wstecz...


 
Materiały dodatkowe
         
 
search szukaj
 
   

Copyright © Muzeum Warszawy :: 2007

   
  Projekt jest realizowany przez Muzeum Warszawy we współpracy z Archiwum Państwowym m. st. Warszawy oraz niemiecką fundację Stiftung Niedersachsische Gedenkstatten