Informacje o projekcie  |  Informacje o uczestnikach projektu  |  Aktualności  |  Sponsorzy  |  Kontakt  | 
         

search szukaj
 

Relacja Nony Łyżwańskiej


Relacja Nony Łyżwańskiej

Audycja „Po Powstaniu Warszawskim - pomoc dzieciom sierotom po Powstaniu", Warszawa 1 VIII 1980 r.
ze zbiorów Muzeum Harcerstwa
sygn. MH/618/DM

     W czasie mojej pracy w Pruszkowie w Ośrodku Zdrowia przeżyliśmy wielki wstrząs Powstanie Warszawskie. Dowiedzieliśmy się, że ludzie są wyganiani z Warszawy i idzie dzielnica Wola i że są wszyscy skupiani w dawnych warsztatach kolejowych po drugiej stronie torów niedaleko od naszego Ośrodka Zdrowia. Podobno były strasznie pokaleczone podeszwy, wbijały się żwir i kamienie, bo bardzo dużo ludzi szło na bosaka. To była ta dzielnica Warszawy, która najbardziej ucierpiała i ta, kiedy jeszcze nie było interwencji międzynarodowej, czyli jeszcze największe szaleństwo i okrucieństwo Niemców działo się wtedy, kiedy byli rozstrzeliwani personel szpitali i chorzy; kiedy był zniszczony cały Szpital Wolski. Wszystkich prawie mężczyzn wybili, a kobiety i część chorych byli na Jelonkach zgromadzeni i o tym myśmy się dowiedzieli.
     Na początku wydawało nam się tak straszne, tak niewiarygodne, że wprost nie chciało się wierzyć, ale na wszelki wypadek zebrałam mój personel w Ośrodku Zdrowia. Byłam tam przełożoną pielęgniarek i jednocześnie administratorką i zapytałam się mojego kierownika doktora Fitkała, czy pozwoli, żebyśmy poszli na te warsztaty zobaczyć, co tam się dzieje? Zebrałam pielęgniarki i woźne, wszystkie byłyśmy w białych fartuchach i poszłyśmy zobaczyć, czy nie potrzeba nieść jakiejś pomocy.
     Na początku to jeszcze nie był tak zorganizowany dobrze ten obóz i nas bardzo łatwo wpuścili. Ludzie przychodzili. Podwożeni byli pociągami do czternastej bramy tych warsztatów kolejowych i później przez całe półtora kilometra szli wzdłuż tych wszystkich baraków i byli rozmieszczani w poszczególnych barakach. Ja powiedziałam wtedy do personelu, że my powinniśmy zająć się przede wszystkim chorymi i dziećmi. Nie zdawaliśmy sobie sprawy, że trzeba było wszystkimi się zajmować. Wydawało nam się, że w tej strasznej tragedii przede wszystkim trzeba się zająć chorymi, starymi i dziećmi. Ale później okazało się, że trzeba było i mężczyznami i kobietami też zająć się, bo ich albo wywiozą na roboty do Niemiec albo wywozili ich nawet do Oświęcimia. Ale to dopiero później wiedzieliśmy o tym wszystkim.
     Poszłam do komendanta obozu. Wtedy komendantura skupiała się w ręku esesmanów. Jeszcze nie był wyznaczony z Wehrmachtu, późniejszy kierownik obozu, a byli tylko esesowcy Diehl i Wiedke, którzy w zielonym wagoniku urzędowali i stamtąd właściwie decydowali. Później przyszli lekarze; doktor König niemiecki lekarz i na „dwójce" zorganizowany był szpitalik.
     Ja skoncentrowałam uwagę swoją i personelu przede wszystkim na halę numer 1, gdzie się umieszczało małe dzieci, kobiety z dziećmi, chorych i starców. Za pozwoleniem Niemców poszliśmy do Ośrodka Zdrowia, nagotowaliśmy mleka i kleiku w kubłach. Wzięliśmy od zaprzyjaźnionych piekarzy bardzo dużo bułek i przynieśliśmy. Pierwsze, co zaczęliśmy robić, to opatrunki na pokaleczone strasznie nogi i rozdawać jedzenie, ale to jeszcze nie było zorganizowane, dość chaotyczne. Stopniowo później w dalszym biegu, jak już szły inne dzielnice i wtedy, kiedy już kierownictwo obozu objął Wehrmacht, porozumiałam się z komendantem obozu i za jego zgodą i pozwoleniem i przydzieleniem nawet specjalnie żołnierzy, postawiliśmy podręczną kuchenkę. Była zorganizowana kuchnia obozowa, dość duża dla personelu i dla ludzi, którzy czekali na transport i na podziały. Ale ja oprócz tego zrobiłam oddzielną kuchenkę na terenie samego obozu tylko na gotowanie kleików i mleka dla dzieci, starców i chorych. To była duża pomoc dla tych ludzi i nasz personel z ośrodka porozdawał, poroznosił, gdzie mógł, docierał; bardzo dużo ludzi stamtąd przychodziło, tylko najgorzej było, w co to wlewać. Jakieś były blaszki, kubki, jakieś czerepy, straszne to było. Stopniowo potem myśmy to zorganizowali. Ludzie ofiarnie przynosili bardzo dużo rzeczy. W ten sposób zaczęła się nasza działalność, pół charytatywna właściwie, nie tyle lecznicza, czy raczej charytatywna. Ale jednocześnie zastanawialiśmy się, co robić z dziećmi zgubionymi, opuszczonymi, które się plątały i nie mogły znaleźć ani rodziców ani opiekunów, w ogóle w tym strasznym tumulcie zagubiły się. Nawet z nieco późniejszych dzielnic, kiedy już było nie tak okrutnie jak na Woli. Bardzo okrutna była Wola i Starówka i wtedy ja postanowiłam coś z tym dziećmi zrobić, jakoś się trzeba było nimi zająć. Nie mogą tak jak bezpańskie psy latać po obozie. Wtedy za zgodą Zarządu Miasta Pruszkowa, na górze nad Ośrodkiem Zdrowia, opróżniliśmy trzy pokoje i zrobiliśmy prowizoryczny tak jakby żłobek, przedszkole i tam doprowadzaliśmy dzieci zagubione.
     Niektóre dzieci miały tabliczki z napisami, z adresami, a niektórzy sami mówili, a niektórzy nic nie mówili, bo były małe, dwuletnie, trzyletnie.
     Bardzo dużo ludzi zgłaszało się z Pruszkowa i okolic i chcieli te dzieci brać do siebie i zaadoptować, czy zająć się nimi. Jeżeli uważaliśmy, że oni są godni zaufania, ja przeważnie pracując tam tyle lat, znałam tych wszystkich ludzi. Przychodziły te matki z dziećmi do naszej poradni, to wobec tego dawaliśmy. Tylko ja prowadziłam taką księgę, wielką księgę zapisów, która później został zdeponowana w Zarządzie Miasta Pruszkowa i chyba tam do dzisiaj leży. Z tym, że było zastrzeżenie, że do tej książki nie było wolno nikomu zaglądać, oprócz naturalnie mnie i upoważnionych ludzi z Zarządu. Dlatego okazało się dwa, trzy lata później, że było straszne nadużycie, szczególnie jak poszukiwali dzieci żydowskich. Zgłaszali się różni dziwni ludzie, którzy chcieli koniecznie udowodnić, że oni się opiekowali tymi dziećmi. Dlatego też postanowiliśmy, że nikt do tej książki zaglądać tak specjalnie nie będzie, tylko zaufani ludzie.
     Ja dokładnie prowadziłam rejestr każdego dziecka, którego wyprowadziłam z obozu i który przeszedł przez nasz prowizoryczny żłobek. Były zawsze napisane: data, okoliczności, w co było ubrane, jeżeli kobieta, jak się nazywa, to było podane imię i nazwisko. I muszę powiedzieć, że bardzo dużo rodziców odnalazło w ten sposób swoje dzieci. Naturalnie były różne dziwne historie. Na przykład, kiedyś znalazłam takie porzucone dziecko w hali numer 1, prawdopodobnie kobiety, która zobowiązała się dzieckiem opiekować, a później jej się znudziło, położyła w kącie i wyszła i myśmy go znalazły. Było w szarym kocu, przywiązane bandażem i nie było żadnych wiadomości i muszę powiedzieć, że potem znaleźli się rodzice. Pamiętam jeszcze inny wypadek, kiedy przyszła woźna Marysia, która ze mną bardzo współpracowała w opiece nad dziećmi i mi powiedziała: „Proszę pani wszystkie dzieci przyprowadzane do Ośrodka Zdrowia były kąpane, strzyżone i zmieniane było wszystko, bo były zawszone do ostatnich granic" i powiedziała, że jest jeden chłopaczek, który nie pozwala sobie ręcznika zdjąć z głowy i że nikomu nie pozwoli dotknąć się do głowy. „Ja mu powiedziałam, że pani przyjdzie, że pani z nim porozmawia". Ja poszłam na górę, weszłam; on stał nago, był obrzezany i trzymał się rączkami za głowę. Miał wtedy z siedem lat chyba ten chłopaczek. Ja powiedziałam: „Marysiu, zostaw mnie z nim samą". Powiedziałam do niego: „dlaczego nie chcesz się umyć?". On mówił: „chcę, ja się umyję, tylko ja ręcznika nie zdejmę". „To pozwól, że ja Ci ten ręcznik zdejmę, zobaczymy, co tu masz, na pewno masz tam robactwo w głowie". On powiedział: „robactwo też mam". Zdjęłam ręcznik, on był kruczoczarny i kręciły mu się włoski. I ktoś mu powiedział, że po tych włosach się pozna, że on jest żydowskie dziecko. On się nie orientował, że po obrzezaniu poznałam. On się rozebrał nago, ale z główki nie chciał zdjąć ręcznika, bo się bał, że go zaraz zabiją. Ja powiedziałam „wiesz, co? Nie wpuszczę tu nikogo, przez drzwi wyciągnę rękę, wezmę maszynkę i ostrzygę Ci głowę i wtedy się wykąpiesz i już nikt cię więcej nie pozna". On się dał ostrzyc. Ja go wykąpałam, ubrałam w ubranko i on był bardzo szczęśliwy, że mógł się włączyć do innych dzieci. Zapytał się: „czy ja ładnie wyglądam?". Powiedziałam mu, że „bardzo ładnie wyglądasz". Potem się znalazła jego krewna.
     Do mnie bardzo dużo się osób zgłaszało. Musiałam za każdym razem jeździć do Pruszkowa. Wyjmowaliśmy tę księgę i szukaliśmy. Część rodziców od razu się znalazła, jak dziecko miało napisane: imię, nazwisko, wszyte w ubranko, no to łatwo było znaleźć. A potem stopniowo te dzieci były rozmieszczone po domach dziecka. Nie mogły być nad Ośrodkiem Zdrowia, bo to było tylko przejściowe i stopniowo myśmy ich rozlokowali. Ja wszędzie zawsze zapisywałam adresy, jak się zgłaszali rodzice, to ich się kierowało. To nie był zmarnowany wysiłek. Jednak udało się bardzo dużo dzieci uratować. A część dzieci, których rodzice się nie zgłosili, niemowlęta zupełnie porzucone przez niewiadomo, kogo, bo znajdowaliśmy w becikach dzieci, dzieci roczne posadzone w kącie. To bardzo często do tych dzieci nikt się nie zgłaszał, ale ja miałam bardzo dużo zgłoszeń od kobiet, które chciały mieć dzieci i które różne cudeńka robiły, żeby nie poznali, że te dzieci wzięły z Powstania. Wyjeżdżały gdzieś na wieś, przywoziły dzieci, kombinowały, dwa miesiące, trzy miesiące siedziały na wsi z tym dzieciakiem i muszę powiedzieć, że te wszystkie dzieci jakiś czas jeszcze trzy, cztery lata, pięć lat po wojnie, ja jeszcze śledziłam, co działo się z tymi dziećmi, a później już nie. Już zaufałam, że tak jak jest, tak jest i niech tak będzie.                            

 Wstecz...


 
Materiały dodatkowe
         
 
search szukaj
 
   

Copyright © Muzeum Warszawy :: 2007

   
  Projekt jest realizowany przez Muzeum Warszawy we współpracy z Archiwum Państwowym m. st. Warszawy oraz niemiecką fundację Stiftung Niedersachsische Gedenkstatten