Informacje o projekcie  |  Informacje o uczestnikach projektu  |  Aktualności  |  Sponsorzy  |  Kontakt  | 
         

search szukaj
 

Relacja Julii Tazbir z d. Ehrenfeucht


WYWIAD Z JULIĄ TAZBIR z d. EHRENFEUCHT

harcerka Szarych Szeregów Żeńskich w Warszawie
ur. 9 IV 1930 r.
Warszawa, Muzeum Harcerstwa, 18.07.2014 r.
Rozmawiał: Julian Borkowski 

[...] A ten moment wybuchu Powstania Warszawskiego 1 sierpnia? Jakoś rodzina odczuła?
    
Myśmy wiedzieli, że to nastąpi. Ja wiedziałam, gdzie jest nasz punkt. Moja mama ze swoją siostrą uznały, że pięciorga dzieci nie można zostawić luzem, że przydatność wojskowa lekarza jest większa niż czterdziestoletniej nauczycielki matematyki i wobec czego ciotka poszła do Powstania. Mama została z nami w domu. Przyjechało stryjostwo z Grochowa, którzy uznali, że bezpiecznie będzie na Mokotowie i przyjechali do nas
A jak się nazywało to stryjostwo?
    
Ehrenfeucht. Brat ojca też był nauczycielem.
Czyli w sumie w domu znalazła się potężna rodzina?
    
Tak. Potem przyszła jeszcze jedna pani z dwojgiem dzieci, taka koleżanka, która mieszkała na tyłach więzienia mokotowskiego i tam w ich domu Niemcy spędzili ludzi do schronu, zamknęli schron, podpalili i poszli. Wobec czego oni zorientowawszy się, że Niemców nie ma, wyłamali drzwi i uciekli, tyle tylko, że rozpierzchli się i przyszli do nas.
Jak się nazywała ta pani?
    
Putowska. Ona była architektem. To wszystko działo się przez pierwsze 24 godziny. U nas w ciągu tej pierwszej nocy był jakiś kilkuosobowy patrol powstańczy, który się wycofał nad ranem z 1/2 sierpnia w stronę ulicy Różanej. Tam była zaraz barykada. Natomiast po czym po południu wpadli Niemcy zgarnęli wszystkich i wyprowadzili na dziedziniec do Staufernkaserne. Ludność była obstawiona dwoma tygrysami z dwóch stron. Nas potrzymali parę godzin, a mężczyzn zatrzymali.
Przeprowadzili selekcję?
    
W tym momencie nikogo nie rozstrzeliwali, ale przeprowadzili selekcję. Mężczyzn zostawili u siebie w więzieniu, a resztę osób wypuścili. Nie było eskorty, ale za to słyszało się ostrzał, przy placyku na ulicy Narbutta, gdzie teraz jest kino. Natomiast u wylotu Kwiatowej była barykada, a z więzienia strzelali Niemcy, a myśmy przechodzili.
Czyli byliście na linii ostrzału?
    
Byliśmy i jeden dzieciak zginął. Taki chłopiec z drugiego podwórka. Ja zapamiętałam jego imię Olgierd, natomiast moja siostra zapamiętała inne imię. Pamiętam jego pogrzeb na podwórku. Chwilowo wróciliśmy na miejsce, z tym, że Niemcy parokrotnie do nas przychodzili. Poza tym tam, jak się potem okazało, tam był „gołębiarz", od strony ulicy Narbutta, który strzelał do nas. Niemcy przychodzili, sprawdzali, ale ludzi nie ruszali. Natomiast kradli, to znaczy wyszukiwali kosztowności, pieniądze i jedzenie. Brali drobnicę łatwą do przechowania i przeniesienia. Pamiętam, że z tym raz przynajmniej, a może dwa razy nas wyrzucili z mieszkania, „revision", nas wyganiali nawet na podwórko i buszowali sobie po mieszkaniach, z tym, że nawet u nas się nawet obłowili. Trafili na miejsce przechowania biżuterii i zgarnęli wszystko. Poza tym za którymś razem wyraźnie „polowali" na tłuszcze, słoiki ze szmalcem wynieśli, jakieś cukierki, nawet takie dość prymitywne. Podobno brali też alkohole, ale akurat tego u nas nie było.
Czyli trwało to parę dni w sierpniu?
    
Do 11 sierpnia. Poza tym ze dwa razy chyba przychodzili powstańcy, takie czujki. Nawet mama przez okno zauważyła i mówiła: „robicie dużą akcję, czy chcecie postrzelać? Jak postrzelać, to nas rozstrzelają, to lepiej sobie idźcie". Powstańcy przychodzili na ogół w nocy i o świcie, w dzień nie. Po czym 11 sierpnia, tu nie pamiętam pory dnia, ale prawdopodobnie przed południem wszedł na podwórze patrol powstańczy. Chyba „gołębiarz" strzelał. Jeden żołnierz został ranny, reszta się wycofała, zostawiając tego rannego, z tym, że dwie panie, lekarka, której nazwiska nie pamiętam i pielęgniarka Helena Rabowska, nota bene pielęgniarka ze Szwajcarskiego Czerwonego Krzyża, chodziła w mundurku szwajcarskim i zajęły się rannym. Ktoś zniósł tego rannego do piwnicy. One poleciały go łatać i w tej chwili, drugą bramą od Narbutta wpadli Niemcy, esesmani. Oni zgarnęli siedem osób w zasadzie przypadkowych, kto im się nawinął pod rękę. Tam podobno jeden człowiek miał zakrwawione ubranie, bo niósł tego rannego i nie zdążył odrzucić kurtki, czy nie zorientował się. W każdym razie jego nazwiska nie pamiętam. Pamiętam tylko, że przyłapane zostały dwie dziewczyny o nazwisku Treugut, trochę starsze ode mnie, które mieszkały na parterze od ulicy Ligockiej. Tę siódemkę Niemcy rozstrzelali, po czym resztę osób wygonili z mieszkań, postawili pod ścianą, a rannego dobili. Natomiast myśmy stali, a Niemiec mówił o pomocy powstańcom, bandytom i co chwile dorzucał „miłe" wzmianki o masowych grobach.
I krzyki jakieś były?
    
Tak. Takie „szczekanie". Ja do końca nie rozumiałam, o co im chodzi, słabo znałam niemiecki, a cała sytuacja trwała co najmniej pół godziny. Przy czym część osób zwiała poprzez przejście strychami. Myśmy wyszli wtedy, to znaczy: moja mama, stryjenka, bo stryj był w koszarach i wszystkie dzieciaki.
Czy wygonili Was wtedy z tego mieszkania?
    
Tak. Natomiast w mieszkaniu zostały trzy panie, to znaczy moja babcia, jej siostra i panna Jawórkówna. W sąsiednim mieszkaniu została też babcia, pani Jerome z niemowlęciem wnuczką, a córki nie było i córka wytłumaczyłam esesmanowi, że musi wejść do mieszkania zabrać dziecko. Wówczas ona usłyszała rozmowę przez drzwi, że Niemcy chcieli, żeby trzy panie wszyły, ale one powiedziały, że nie. No to ciach, ciach, ciach, trzy strzały. Wszystkie trzy panie zostały zastrzelone tam w mieszkaniu. Natomiast dziewczyna z tym dzieciakiem i ze swoją matką wyszły bez problemu. Poza tym wiem, że zginęły jeszcze dwie osoby w piwnicy: taki paralityk z żoną, którego nazwiska ja nie pamiętam i nie wiem, czy zostali zastrzeleni, czy podpaleni żywcem? Nas poprowadzili z powrotem do Staufernkaserne.
Czyli kolejne spotkanie z Niemcami?
    
Tak, ale z tym, że wtedy mama powiedziała im, że tutaj mieszka brat i  ona pójdzie do niego. Niemcy się zgodzili i poszliśmy tam z całą szóstką dzieci. Natomiast pozostali lokatorzy zostali puszczeni wolno. Niemcy kazali im wychodzić z Warszawy. Doszli, wiem to z relacji sąsiadek, do Wołoskiej. Tam ich Niemcy zgarnęli do Pruszkowa i wywieźli do Oświęcimia. Przy czym tam było dwoje dzieci bez opieki rodziców. Nie pamiętam, co się stało z ich rodzicami. Jedno dziecko za rękę wzięła pielęgniarka Ela Rabowska, a drugie wzięła inna sąsiadka pani Kolbergowa i poszli.
A te dzieciaki jak się nazywały?
    
Nie pamiętam. Dziewczynka miała na imię Hania. Potem ich wypuścili z Pruszkowa, a ta dziewczynka miała ze sześć najwyżej pięć lat i z panią Kolbergową pojechała do Oświęcimia. Natomiast chłopiec pozostał. Ponieważ pani Rabowska była przebojową osobą i poza tym szwajcarską obywatelką, cały czas tym grała i dostała audiencję u Franka. Zgłosiła się do Franka, żeby tę Hanię z obozu wyciągnąć. Generalny Gubernator przyjął ją i powiedział jej uprzejmie, że to jakieś nieporozumienie, bo dzieci w „koncentrakach" Niemcy nie trzymali i na tym się skończyło. Mała przeżyła obóz. Potem szła w marszu śmierci i to się skończyło szybko, dzięki przypadkowej jakiejś osobie. Pani Kolbergowa umarła, ale przypadkowa zupełnie osoba w tym marszu śmierci zdołała dziewczynkę podrzucić na Śląsk od razu po pierwszym lub po drugim dniu i Ślązacy ją przyhołubili i mówili, że ma tyfus.
Tak, bo Niemcy bardzo bali się tyfusu.
    
Dlatego ona przeżyła.
A z wami jaka była sytuacja?
    
Myśmy przesiedzieli do końca sierpnia u wuja, z tym, że 31 sierpnia Niemcy uznali, że nas trzeba wyrzucić z Warszawy. Wszystkich już wtedy pognali łącznie z mężczyznami.
Bo część rozstrzelali, a część wypuścili.
    
Nie. Oni tam na miejscu nie rozstrzeliwali. Niemcy ich trzymali. Powstał problem, ponieważ mój brat był wtedy poważnie chory. Miał takie gwałtowne zapalenie ropne nóg, nie było antybiotyków. On miał 12 lat i nie mógł iść. Nas wygarnęli, a on tak siedział na ziemi. Niemcy uważali kategorycznie, że jego trzeba przewieść i jego należało zostawić, bo będzie samochód. Wszyscy myśleli, że albo przyjedzie samochód albo nie. Mama do niego podeszła, ale Niemiec z rewolwerem krzyknął: „weg!". Ja wtedy coś zaczęłam gadać z polskiego na niemiecki, że to jest mój brat i że ja tu z nim zostanę i esesman się zgodził. Poza tym zostało jeszcze kilka chorych osób. Jeszcze z Rakowieckiej przyprowadzili dodatkowo takich inwalidów.
Czyli zebrała się grupka chorych?
    
Grupka chorych, po czym ku naszemu zdumieniu zjawił się samochód. Ja już tego nie pamiętam, jak myśmy się wtarabanili na ten samochód. Potem powieźli nas na Dworzec Zachodni. Ja zauważyłam grupę idącą, a w niej rodzinę i nawet próbowałam machać do nich, że jesteśmy, ale mama nie odebrała sygnału i oni szli dalej. Znaleźliśmy się na Dworcu Zachodnim i Niemcy dopychali transport. A ja znowu do tego esesmana: „Mutter warten", że my tu zostaniemy. On się znowu zgodził, ale ja pomyślałam sobie, nie, drugi się nie zgodzi. Wleźliśmy w jakiś kąt i schowaliśmy się. Po jakimś czasie dotarła  rodzina i byliśmy razem. Potem pojechaliśmy do Pruszkowa.
A jechaliście do Pruszkowa pociągiem towarowym, czy to był taki elektryczny?
    
To był elektryczny pociąg, może częściowo był skład towarowy, ale w każdym razie pamiętam jakiś kombinowany. Myśmy trafili do normalnego wagonu normalnego i po czym mama nadała karteczkę do wuja w Tworkach, że jesteśmy i jedziemy. Wuj przez swojego Niemca dyrektora załatwił nam zwolnienie.
A byliście już wtedy w Pruszkowie?
    
Myśmy tam jedną noc przebyli.
Jaka tam była sytuacja w tym momencie? Czy widziała Pani jakieś selekcje?
    
Nie. Tam był totalny bałagan. Funkcjonował Czerwony Krzyż, który nawet jakieś jedzenie organizował i coś dostarczał. Poza tym wystawiał takie zaświadczenie o niezdolności do pracy, co nie do końca skutkowało zwolnieniem z obozu.
Czyli odbywały się jakieś selekcje osób, które tam dochodziły?
    
Tak. Z tym, że teoretycznie tam było pięć albo sześć hal produkcyjnych. Na pewno tam, gdzie siedzieliśmy, to była hala piąta i teoretycznie ta „piątka" była przeznaczona dla rodzin niezdolnych do pracy, a pozostałe dla zdolnych do pracy, ale to okazało się być nieprawdą. Było, jak się zdarzyło. Rzeczywiście wuj przyszedł do nas pod tę bramę z przepustkami niemieckimi i podpisem swojego dyrektora i myśmy wtedy wyszli. Przy czym było jakoś tak, że na dwie raty. To znaczy najpierw myśmy wyszli, czyli kobiety i dzieci, a dopiero następnego dnia stryj i wuj.
Wszyscy znaleźliście się na wolności?
    
Tak. Na wolności, z tym, że stryjostwo pojechali do Milanówka, natomiast myśmy z całą piątką dzieci znaleźli się w Tworkach. Tam dali nam pokój, przy czym pani doktór, która mieszkała w sąsiednim domu, bardzo się serdecznie nami zajęła. Potem co było dla mamy szalonym szokiem, przeprosiła, że właśnie idzie na imieniny, wobec czego nas zostawia. Mieszkaliśmy w pawilonie, który został zamieniony na szpital powstańczy. Pamiętam duży szpital dla rannych i chorych, w którym był oddział zakaźny, a psychicznych posłano do piwnicy. Na górze byli ranni.
Czyli cały czas te kontakty z Niemcami?
    
Szpital został obstawiony i ranni po wyleczeniu z powrotem wracali do obozu, z tym, że to jeszcze nie był obóz jeniecki, tylko pierwszy etap. Tworki nie były ściśle pilnowane. Myśmy nawet parę osób przeprowadzali przez taki kulawy mostek na Utracie. Głównym organizatorem tego procederu był syn dyrektora szpitala.
A czy zdarzały się przypadki, że na tę okoliczną ludność Niemcy prowadzili patrole, czy wyszukiwali warszawiaków?
    
Tak, ale tutaj pod tym względem ten szpital był wydzielony. Łapanki i poszukiwania warszawiaków były w Pruszkowie i w Milanówku. Natomiast na terenie samego szpitala nie i zresztą mój brat miał w związku z tym wykorzystywał te możliwości. On miał 12 lat, był drobny, nie miał śladu zarostu, dziecko i po podleczeniu się on względnie swobodnie jeździł kolejką EKD i różne rzeczy ludziom załatwiał. Kiedyś wrócił trochę wstrząśnięty, powiedział: „słuchaj, w Brwinowie całą kolejkę wygarnęli, ja jeden zostałem".
Łapankę przeżył?
    
On przeżył łapankę, bo został nauczony podstawowych zwrotów, kim on jest? Ile ma lat? itd.
A pani co w tym czasie robiła?
    
Sporadycznie zajmowałam się szmuglowaniem ludzi, a poza tym m. in. uczyłam jednego analfabetę, co go wygarnęli z Warszawy i okazało się, że on nie umie czytać i pisać. Chciałam, aby przynajmniej umiał się podpisać i do pięciu zliczyć. On był mniej więcej w moim wieku, miał z 15 lat, 16 lat. Poza tym od razu powstał jakiś komplet. Długo nie było wiadomo, co się stało z ciotką? Ciotka była w szpitalu przy ul. Zielnej i została jeszcze przynajmniej z tydzień po kapitulacji. Ciotka znalazła później. Była żywa, chociaż niekoniecznie zdrowa, miała gruźlicę popowstaniową. Nosiła pseudonim „Doktór Bronka", miała Krzyż Walecznych, za który ją ciągali na UB po 1945 roku.
Jak długo przebywaliście w Tworkach?
    
Do Wielkanocy 1945 roku, czyli już po przejściu frontu. Mama najpierw zostawiła nas bez pieniędzy i z małą ilością jedzenia, a sama pojechała do Łodzi, żeby zorganizować tam w oparciu o inną ciotkę jakąś szkołę i tam w Łodzi znalazła mieszkanie po takich Polakach, którzy zostali wyrzuceni ze swojego mieszkania i wrócili do siebie. To mieszkanie było podłe, bez kanalizacji, bez gazu i bez wody, było dwupokojowe. Mama dostała pracę, ponieważ potrzebowali nauczycieli. Nauczyciele wśród ofiar byli jednak bardzo reprezentowani, nie mówiąc o tym, że powywożeni też. Dokładnie w Wielkanoc 1945 roku przyjechaliśmy z Pruszkowa do Łodzi pociągiem, który miał jechać o 7.00 rano, a jechał o 11.00, ale jakoś myśmy się wbili do wagonu. Ponieważ była jeszcze godzina policyjna, jedną noc przebyliśmy na takim punkcie noclegowym na Dworcu Kaliskim, bo pociąg jechał do Poznania. Na Dworcu Kaliskim spotkaliśmy się z zaskakującym towarzystwem, mianowicie z całym transportem wilniuków, którzy byli niesamowici. Oni jechali już ileś czasu.  Mężczyźni zostali w pociągu, żeby pilnować rzeczy przed kradzieżą. Tutaj były kobiety z dziećmi, cisi, kulturalni, cierpliwi, grzeczni, życzliwi dla siebie nawzajem. Jak przyjechałam po kilkunastu latach, to już tam było zupełnie inaczej, ponieważ barak znikł.
Tam się zaczęła szkoła?
     Tak. Z tym, że tutaj myśmy jedną klasę robili metodą skróconą. Ja skończyłam tutaj szkołę w 1948 roku i poszłam na studia do Warszawy.
Czy rodzina starała się o powrót do mieszkania w Alejach Niepodległości?
    
Nie było żadnych szans, bo to mieszkanie było wypalone. Dom został podpalony przynajmniej w kilkunastu miejscach, żelbetonowy, który się źle palił. Nasze mieszkanie było to pierwsze, gdzie prawdopodobnie Niemcy, oblewali benzyną lub czym innym i to mieszkanie zostało wypalone doszczętnie. Poza tym został spalony cały dach i strych, ale poza tym dom stał. Może 20 lat temu znikły tam ślady po odłamkach z 1939 roku, a tynk się trzymał.
Zresztą na tej całej pierzei w Alei Niepodległości w kierunku Rakowieckiej, tych śladów było dużo.
    
Ale jeszcze w tej chwili funkcjonują. Zupełnie niedawno widziałam na Żoliborzu albo na Bielanach taką ścianę.
W którym roku przybyła Pani do Warszawy?
    
W 1948 roku.
I tutaj zaczęła Pani studia na Uniwersytecie Warszawskim na Wydziale Historii?
    
Tak, z tym, że mieszkałam na Pradze u przyjaciół rodziny. Mieszkanie też z wodą, ale bez gazu i kanalizacji przy ulicy Kowieńskiej.
Czy w tamtym czasie podjęła się Pani na przykład zaangażowania w sprawę odbudowy miasta?
    
Tak naprawdę to nie. Czyny społeczne tak. Natomiast ja do 1949 roku działałam w harcerstwie. Najpierw w Łodzi się okazało, że tam się ludzie do harcerstwa pchają drzwiami i oknami. Tam w konspirację harcerską nikt bawić się nie mógł, bo nie było warunków. W 1945 roku sam capstrzyk, na którym można było po ulicach pochodzić w mundurze, to już była wystarczająca atrakcja. Ja prowadziłam drużynę, potem przyjechałam do Warszawy i Zocha Zawadzka „Koza" mi wcisnęła, jedną z „jedynek". Byłam trzy miesiące jako drużynowa „rdzawej" i to był koniec tego harcerstwa.
Czyli dosyć krótko?
     
Z tym, że mnie to nawet nie wyrzucili z ZHP, bo ja byłam mała płotka. Mam tutaj u siebie swoją kartę służby za 1946, 1947 i 1948 rok, która została w Łodzi i którą przejęło OH. Ja wśród tych kart instruktorskich ohackich w tej kartotece mam swoje dokumenty.
Ta drużyna była przy szkole powszechnej nr 34?
    
Formalnie tak, ale ona była międzyszkolna.
Czy koedukacyjna?
    
Nie. Żeńska drużyna, z tym, że tam formalnie ona była do szkoły przydzielona, ale faktycznie nie wiem, czy połowa dziewcząt chodziła do tej szkoły.
Jak się studiowało w tych trudnych czasach stalinowskich?
    
Jak na stalinizm to w Uniwersytecie Warszawskim studiowało się zaskakująco dobrze. Poloniści, którzy studiowali równolegle ze mną albo trochę później, mają zupełnie inne odczucia, dlatego, że u nas zdążyłam skończyć studia przed reformą, czyli jeszcze systemem przedwojennym magisterskim. Zrobiłam to magisterium przed terminem w 3 lata. Natomiast po nas już przyszedł rok zreformowany i ten rok, który przyszedł w 1949, bardzo dobry rok, w którym już byli bohaterowie pracy socjalistycznej. Natomiast nigdy nie było tak, żeby to ZMP naprawdę rządziło w instytucie. Na to się złożyły dwie rzeczy. Jedna to była niewątpliwie osobowość Manteuffla, który nie przyjmował do wiadomości, że jacyś gówniarze, będą mu tutaj decydować, dyktować itd. Po drugie istniała dosyć duża grupa tych politycznie słusznych, a mających skądinąd przekonanie, że studia powinny być przyzwoite i Uniwersytet przyzwoity. Ja tutaj myślę o Małowistach, o Witoldzie Kuli, nawet o Rafale Gerberze, chociaż w sercu nie nosiłam go nigdy. Natomiast oni z jednej strony dawali pewne alibi, a z drugiej strony naprawdę traktowali studia na poważnie i pokazywali cały warsztat. Poza tym to jest coś, czego ja nie potrafię sobie tego właściwie wyjaśnić, dlaczego ludzie, którzy byli pozornie w tej samej sytuacji, to albo wsiąkali w więzieniu na kilka lat albo nie. Mam wrażenie, że to było może coś takiego rodzaju. Niemcy mieli takie określenie, że musi być „Parade bauer", kogoś do pokazania i oni wobec tego wyselekcjonowali sobie takich do pokazania, że my przedwojenną profesurę tępimy, a proszę bardzo jest tutaj właśnie profesor Kutrzeba, który już nie żył. Bo na przykład, dlaczego nie uczepili się Gieysztora?
Za jego konspiracyjną i powstańczą działalność?
    
Za BIP.
Traktowano w zależności od sytuacji.
    
Dlaczego nie uczepili się Kiersnowskiego? Tutaj jeszcze dochodziło pochodzenie klasowe, jako że prawda dwór na kresach.
A Pani z tytułu podziemnego harcerstwa jakieś miała Pani problemy na tym Wydziale?
    
Nie. Nawet z tego faktu, że ja się do ZMP nie zapisałam. Potem jeszcze był ten rocznik młodszy, gdzie był Ryszard Kapuściński i jego żona. Oni chyba w 1951 roku przyszli na studia i oni tam też mieli ambicje do wpływania.
A czy Pani odczuwała tam ideologię w czasie tych swoich studiów?
    
Oczywiście, myśmy byli rozsądni ludzie. Poza tym wtedy jeszcze w tych latach 50-tych nie bardzo organizowano studia zaoczne, choć studiowało trochę osób zupełnie dorosłych, którzy przychodzili na normalne studia. Moim studentem był na przykład Tadeusz Kur „Kur wie lepiej", tenże z 68'. Moim studentem był Szymanowski, też znana postać, ponadto pewien przedwojenny dziennikarz, który robił studia, ale nie pamiętam nazwiska.
W jakich okolicznościach Pani poznała przyszłego męża Janusza Tazbira?
     
Na studiach.
Byliście na jednym roku?
    
On był rok wyżej.
Poznaliście się na potańcówce, czy w bibliotece?
    
Nie. Trochę na zajęciach. Poza tym nasze roczniki, te sprzed reformy, trochę trzymały się razem, dlatego, że tam byli ludzie znacznie starsi. Na seminarium manteufflowskim ze mną była większość, która zaczynała studia przed wojną w rodzaju Dowiata, Trawkowskiego, nie mówiąc o Pani Szacherskiej. To towarzystwo było zróżnicowane. Z punktu widzenia wieku,  było roczników przynajmniej 15. Seminaria były wspólne i bardzo liczne. Wtedy rozdzielało się je na starsze i młodsze, ale tak to myśmy byli razem. Od początku studiów mój mąż przyjaźnił się z Samsonowiczem, a ja Samsonowicza znałam sprzed wojny.
A w jakich okolicznościach się poznaliście?
    
To było w czasach, kiedy bawiliśmy się na piasku i on mnie wpychał w błoto. Miało to miejsce na wakacjach w Rybienku nad Bugiem, gdzie myśmy wynajmowali mieszkania w dwóch sąsiednich domkach. Znajomość była stąd, że u Samsonowiczów starych mieszkali zaraz po I wojnie jacyś kuzyni, którzy równocześnie studiowali z moimi rodzicami i wydawali wspólnie jakieś czasopismo młodzieżowe. Wobec czego oni się znali i ponieważ oni bywali u siebie nawzajem, więc Pani Samsonowiczowa też moich rodziców poznała jako bywających w domu. Stąd myśmy się z Henrykiem też znali i potem na studiach. Henryk był dużo młodszy od swojego rodzeństwa, bo jego siostra była równo 10 lat od niego starsza, rocznik 20-ty, a Henryk 30-ty, a Andrzej był 1922 rok. Oni byli dorośli, a Henio był ten mały. Myśmy z Henrykiem byli dokładnie równolatkami.
Potem dalsze studia?
    
Ponieważ nie byłam w tym ZMP, nie miałam specjalnie dobrej opinii. Mimo to wzięli mnie na asystenturę.
A jak przyszła „Solidarność""
    
To mnie już dawno na Uniwersytecie nie było. Po doktoracie jeszcze się trochę pokręciłam na uczelni.
Który to był rok jak Pani doktorat zrobiła?
    
W 1958 roku. Po doktoracie stwierdziłam, że tutaj nic po mnie. Potem sobie poszłam i od 1963 roku uczyłam w szkole i już z Uniwersytetem nic nie miałam wspólnego. Przez 12 lat uprawiałam dydaktykę uniwersytecką i prowadziłam zajęcia.

 Wstecz...


 
Materiały dodatkowe
         
 
search szukaj
 
   

Copyright © Muzeum Warszawy :: 2007

   
  Projekt jest realizowany przez Muzeum Warszawy we współpracy z Archiwum Państwowym m. st. Warszawy oraz niemiecką fundację Stiftung Niedersachsische Gedenkstatten