Informacje o projekcie  |  Informacje o uczestnikach projektu  |  Aktualności  |  Sponsorzy  |  Kontakt  | 
         

search szukaj
 

Relacja Julii Tazbir z d. Ehrenfeucht


[...] A ten moment wybuchu Powstania Warszawskiego 1 sierpnia? Jakoś rodzina odczuła?
    
Myśmy wiedzieli, że to nastąpi. Ja wiedziałam, gdzie jest nasz punkt. Moja mama ze swoją siostrą uznały, że pięciorga dzieci nie można zostawić luzem, że przydatność wojskowa lekarza jest większa niż czterdziestoletniej nauczycielki matematyki i wobec czego ciotka poszła do Powstania. Mama została z nami w domu. Przyjechało stryjostwo z Grochowa, którzy uznali, że bezpiecznie będzie na Mokotowie i przyjechali do nas
A jak się nazywało to stryjostwo?
    
Ehrenfeucht. Brat ojca też był nauczycielem.
Czyli w sumie w domu znalazła się potężna rodzina? 
    
Tak. Potem przyszła jeszcze jedna pani z dwojgiem dzieci, taka koleżanka, która mieszkała na tyłach więzienia mokotowskiego i tam w ich domu Niemcy spędzili ludzi do schronu, zamknęli schron, podpalili i poszli. Wobec czego oni zorientowawszy się, że Niemców nie ma, wyłamali drzwi i uciekli, tyle tylko, że rozpierzchli się i przyszli do nas.
Jak się nazywała ta pani?
    
Putowska. Ona była architektem. To wszystko działo się przez pierwsze 24 godziny. U nas w ciągu tej pierwszej nocy był jakiś kilkuosobowy patrol powstańczy, który się wycofał nad ranem z 1/2 sierpnia w stronę ulicy Różanej. Tam była zaraz barykada. Natomiast po czym po południu wpadli Niemcy zgarnęli wszystkich i wyprowadzili na dziedziniec do Staufernkaserne. Ludność była obstawiona dwoma tygrysami z dwóch stron. Nas potrzymali parę godzin, a mężczyzn zatrzymali.
Przeprowadzili selekcję?
    
W tym momencie nikogo nie rozstrzeliwali, ale przeprowadzili selekcję. Mężczyzn zostawili u siebie w więzieniu, a resztę osób wypuścili. Nie było eskorty, ale za to słyszało się ostrzał, przy placyku na ulicy Narbutta, gdzie teraz jest kino. Natomiast u wylotu Kwiatowej była barykada, a z więzienia strzelali Niemcy, a myśmy przechodzili.
Czyli byliście na linii ostrzału?
    
Byliśmy i jeden dzieciak zginął. Taki chłopiec z drugiego podwórka. Ja zapamiętałam jego imię Olgierd, natomiast moja siostra zapamiętała inne imię. Pamiętam jego pogrzeb na podwórku. Chwilowo wróciliśmy na miejsce, z tym, że Niemcy parokrotnie do nas przychodzili. Poza tym tam, jak się potem okazało, tam był „gołębiarz", od strony ulicy Narbutta, który strzelał do nas. Niemcy przychodzili, sprawdzali, ale ludzi nie ruszali. Natomiast kradli, to znaczy wyszukiwali kosztowności, pieniądze i jedzenie. Brali drobnicę łatwą do przechowania i przeniesienia. Pamiętam, że z tym raz przynajmniej, a może dwa razy nas wyrzucili z mieszkania, „revision", nas wyganiali nawet na podwórko i buszowali sobie po mieszkaniach, z tym, że nawet u nas się nawet obłowili. Trafili na miejsce przechowania biżuterii i zgarnęli wszystko. Poza tym za którymś razem wyraźnie „polowali" na tłuszcze, słoiki ze szmalcem wynieśli, jakieś cukierki, nawet takie dość prymitywne. Podobno brali też alkohole, ale akurat tego u nas nie było.
Czyli trwało to parę dni w sierpniu?
    
Do 11 sierpnia. Poza tym ze dwa razy chyba przychodzili powstańcy, takie czujki. Nawet mama przez okno zauważyła i mówiła: „robicie dużą akcję, czy chcecie postrzelać? Jak postrzelać, to nas rozstrzelają, to lepiej sobie idźcie". Powstańcy przychodzili na ogół w nocy i o świcie, w dzień nie. Po czym 11 sierpnia, tu nie pamiętam pory dnia, ale prawdopodobnie przed południem wszedł na podwórze patrol powstańczy. Chyba „gołębiarz" strzelał. Jeden żołnierz został ranny, reszta się wycofała, zostawiając tego rannego, z tym, że dwie panie, lekarka, której nazwiska nie pamiętam i pielęgniarka Helena Rabowska, nota bene pielęgniarka ze Szwajcarskiego Czerwonego Krzyża, chodziła w mundurku szwajcarskim i zajęły się rannym. Ktoś zniósł tego rannego do piwnicy. One poleciały go łatać i w tej chwili, drugą bramą od Narbutta wpadli Niemcy, esesmani. Oni zgarnęli siedem osób w zasadzie przypadkowych, kto im się nawinął pod rękę. Tam podobno jeden człowiek miał zakrwawione ubranie, bo niósł tego rannego i nie zdążył odrzucić kurtki, czy nie zorientował się. W każdym razie jego nazwiska nie pamiętam. Pamiętam tylko, że przyłapane zostały dwie dziewczyny o nazwisku Treugut, trochę starsze ode mnie, które mieszkały na parterze od ulicy Ligockiej. Tę siódemkę Niemcy rozstrzelali, po czym resztę osób wygonili z mieszkań, postawili pod ścianą, a rannego dobili. Natomiast myśmy stali, a Niemiec mówił o pomocy powstańcom, bandytom i co chwile dorzucał „miłe" wzmianki o masowych grobach.
I krzyki jakieś były?
    
Tak. Takie „szczekanie". Ja do końca nie rozumiałam, o co im chodzi, słabo znałam niemiecki, a cała sytuacja trwała co najmniej pół godziny. Przy czym część osób zwiała poprzez przejście strychami. Myśmy wyszli wtedy, to znaczy: moja mama, stryjenka, bo stryj był w koszarach i wszystkie dzieciaki.
Czy wygonili Was wtedy z tego mieszkania?
    
Tak. Natomiast w mieszkaniu zostały trzy panie, to znaczy moja babcia, jej siostra i panna Jawórkówna. W sąsiednim mieszkaniu została też babcia, pani Jerome z niemowlęciem wnuczką, a córki nie było i córka wytłumaczyłam esesmanowi, że musi wejść do mieszkania zabrać dziecko. Wówczas ona usłyszała rozmowę przez drzwi, że Niemcy chcieli, żeby trzy panie wszyły, ale one powiedziały, że nie. No to ciach, ciach, ciach, trzy strzały. Wszystkie trzy panie zostały zastrzelone tam w mieszkaniu. Natomiast dziewczyna z tym dzieciakiem i ze swoją matką wyszły bez problemu. Poza tym wiem, że zginęły jeszcze dwie osoby w piwnicy: taki paralityk z żoną, którego nazwiska ja nie pamiętam i nie wiem, czy zostali zastrzeleni, czy podpaleni żywcem? Nas poprowadzili z powrotem do Staufernkaserne.
Czyli kolejne spotkanie z Niemcami?
    
Tak, ale z tym, że wtedy mama powiedziała im, że tutaj mieszka brat i  ona pójdzie do niego. Niemcy się zgodzili i poszliśmy tam z całą szóstką dzieci. Natomiast pozostali lokatorzy zostali puszczeni wolno. Niemcy kazali im wychodzić z Warszawy. Doszli, wiem to z relacji sąsiadek, do Wołoskiej. Tam ich Niemcy zgarnęli do Pruszkowa i wywieźli do Oświęcimia. Przy czym tam było dwoje dzieci bez opieki rodziców. Nie pamiętam, co się stało z ich rodzicami. Jedno dziecko za rękę wzięła pielęgniarka Ela Rabowska, a drugie wzięła inna sąsiadka pani Kolbergowa i poszli.
A te dzieciaki jak się nazywały?
    
Nie pamiętam. Dziewczynka miała na imię Hania. Potem ich wypuścili z Pruszkowa, a ta dziewczynka miała ze sześć najwyżej pięć lat i z panią Kolbergową pojechała do Oświęcimia. Natomiast chłopiec pozostał. Ponieważ pani Rabowska była przebojową osobą i poza tym szwajcarską obywatelką, cały czas tym grała i dostała audiencję u Franka. Zgłosiła się do Franka, żeby tę Hanię z obozu wyciągnąć. Generalny Gubernator przyjął ją i powiedział jej uprzejmie, że to jakieś nieporozumienie, bo dzieci w „koncentrakach" Niemcy nie trzymali i na tym się skończyło. Mała przeżyła obóz. Potem szła w marszu śmierci i to się skończyło szybko, dzięki przypadkowej jakiejś osobie. Pani Kolbergowa umarła, ale przypadkowa zupełnie osoba w tym marszu śmierci zdołała dziewczynkę podrzucić na Śląsk od razu po pierwszym lub po drugim dniu i Ślązacy ją przyhołubili i mówili, że ma tyfus.
Tak, bo Niemcy bardzo bali się tyfusu.
    
Dlatego ona przeżyła.
A z wami jaka była sytuacja?
    
Myśmy przesiedzieli do końca sierpnia u wuja, z tym, że 31 sierpnia Niemcy uznali, że nas trzeba wyrzucić z Warszawy. Wszystkich już wtedy pognali łącznie z mężczyznami.
Bo część rozstrzelali, a część wypuścili.
    
Nie. Oni tam na miejscu nie rozstrzeliwali. Niemcy ich trzymali. Powstał problem, ponieważ mój brat był wtedy poważnie chory. Miał takie gwałtowne zapalenie ropne nóg, nie było antybiotyków. On miał 12 lat i nie mógł iść. Nas wygarnęli, a on tak siedział na ziemi. Niemcy uważali kategorycznie, że jego trzeba przewieść i jego należało zostawić, bo będzie samochód. Wszyscy myśleli, że albo przyjedzie samochód albo nie. Mama do niego podeszła, ale Niemiec z rewolwerem krzyknął: „weg!". Ja wtedy coś zaczęłam gadać z polskiego na niemiecki, że to jest mój brat i że ja tu z nim zostanę i esesman się zgodził. Poza tym zostało jeszcze kilka chorych osób. Jeszcze z Rakowieckiej przyprowadzili dodatkowo takich inwalidów.
Czyli zebrała się grupka chorych?
    
Grupka chorych, po czym ku naszemu zdumieniu zjawił się samochód. Ja już tego nie pamiętam, jak myśmy się wtarabanili na ten samochód. Potem powieźli nas na Dworzec Zachodni.

 Wstecz...


 
Materiały dodatkowe
         
 
search szukaj
 
   

Copyright © Muzeum Warszawy :: 2007

   
  Projekt jest realizowany przez Muzeum Warszawy we współpracy z Archiwum Państwowym m. st. Warszawy oraz niemiecką fundację Stiftung Niedersachsische Gedenkstatten