Informacje o projekcie  |  Informacje o uczestnikach projektu  |  Aktualności  |  Sponsorzy  |  Kontakt  | 
         

search szukaj
 

Relacja Julii Tazbir z d. Ehrenfeucht


Mama najpierw zostawiła nas bez pieniędzy i z małą ilością jedzenia, a sama pojechała do Łodzi, żeby zorganizować tam w oparciu o inną ciotkę jakąś szkołę i tam w Łodzi znalazła mieszkanie po takich Polakach, którzy zostali wyrzuceni ze swojego mieszkania i wrócili do siebie. To mieszkanie było podłe, bez kanalizacji, bez gazu i bez wody, było dwupokojowe. Mama dostała pracę, ponieważ potrzebowali nauczycieli. Nauczyciele wśród ofiar byli jednak bardzo reprezentowani, nie mówiąc o tym, że powywożeni też. Dokładnie w Wielkanoc 1945 roku przyjechaliśmy z Pruszkowa do Łodzi pociągiem, który miał jechać o 7.00 rano, a jechał o 11.00, ale jakoś myśmy się wbili do wagonu. Ponieważ była jeszcze godzina policyjna, jedną noc przebyliśmy na takim punkcie noclegowym na Dworcu Kaliskim, bo pociąg jechał do Poznania. Na Dworcu Kaliskim spotkaliśmy się z zaskakującym towarzystwem, mianowicie z całym transportem wilniuków, którzy byli niesamowici. Oni jechali już ileś czasu.  Mężczyźni zostali w pociągu, żeby pilnować rzeczy przed kradzieżą. Tutaj były kobiety z dziećmi, cisi, kulturalni, cierpliwi, grzeczni, życzliwi dla siebie nawzajem. Jak przyjechałam po kilkunastu latach, to już tam było zupełnie inaczej, ponieważ barak znikł.
Tam się zaczęła szkoła?
    
Tak. Z tym, że tutaj myśmy jedną klasę robili metodą skróconą. Ja skończyłam tutaj szkołę w 1948 roku i poszłam na studia do Warszawy.
Czy rodzina starała się o powrót do mieszkania w Alejach Niepodległości?
    
Nie było żadnych szans, bo to mieszkanie było wypalone. Dom został podpalony przynajmniej w kilkunastu miejscach, żelbetonowy, który się źle palił. Nasze mieszkanie było to pierwsze, gdzie prawdopodobnie Niemcy, oblewali benzyną lub czym innym i to mieszkanie zostało wypalone doszczętnie. Poza tym został spalony cały dach i strych, ale poza tym dom stał. Może 20 lat temu znikły tam ślady po odłamkach z 1939 roku, a tynk się trzymał.
Zresztą na tej całej pierzei w Alei Niepodległości w kierunku Rakowieckiej, tych śladów było dużo.
    
Ale jeszcze w tej chwili funkcjonują. Zupełnie niedawno widziałam na Żoliborzu albo na Bielanach taką ścianę.
W którym roku przybyła Pani do Warszawy?
    
W 1948 roku.
I tutaj zaczęła Pani studia na Uniwersytecie Warszawskim na Wydziale Historii?
    
Tak, z tym, że mieszkałam na Pradze u przyjaciół rodziny. Mieszkanie też z wodą, ale bez gazu i kanalizacji przy ulicy Kowieńskiej.
Czy w tamtym czasie podjęła się Pani na przykład zaangażowania w sprawę odbudowy miasta?
    
Tak naprawdę to nie. Czyny społeczne tak. Natomiast ja do 1949 roku działałam w harcerstwie. Najpierw w Łodzi się okazało, że tam się ludzie do harcerstwa pchają drzwiami i oknami. Tam w konspirację harcerską nikt bawić się nie mógł, bo nie było warunków. W 1945 roku sam capstrzyk, na którym można było po ulicach pochodzić w mundurze, to już była wystarczająca atrakcja. Ja prowadziłam drużynę, potem przyjechałam do Warszawy i Zocha Zawadzka „Koza" mi wcisnęła, jedną z „jedynek". Byłam trzy miesiące jako drużynowa „rdzawej" i to był koniec tego harcerstwa.
Czyli dosyć krótko?
    
Z tym, że mnie to nawet nie wyrzucili z ZHP, bo ja byłam mała płotka. Mam tutaj u siebie swoją kartę służby za 1946, 1947 i 1948 rok, która została w Łodzi i którą przejęło OH. Ja wśród tych kart instruktorskich ohackich w tej kartotece mam swoje dokumenty.
Ta drużyna była przy szkole powszechnej nr 34?
    
Formalnie tak, ale ona była międzyszkolna.
Czy koedukacyjna?
    
Nie. Żeńska drużyna, z tym, że tam formalnie ona była do szkoły przydzielona, ale faktycznie nie wiem, czy połowa dziewcząt chodziła do tej szkoły.
Jak się studiowało w tych trudnych czasach stalinowskich?
    
Jak na stalinizm to w Uniwersytecie Warszawskim studiowało się zaskakująco dobrze. Poloniści, którzy studiowali równolegle ze mną albo trochę później, mają zupełnie inne odczucia, dlatego, że u nas zdążyłam skończyć studia przed reformą, czyli jeszcze systemem przedwojennym magisterskim. Zrobiłam to magisterium przed terminem w 3 lata. Natomiast po nas już przyszedł rok zreformowany i ten rok, który przyszedł w 1949, bardzo dobry rok, w którym już byli bohaterowie pracy socjalistycznej. Natomiast nigdy nie było tak, żeby to ZMP naprawdę rządziło w instytucie. Na to się złożyły dwie rzeczy. Jedna to była niewątpliwie osobowość Manteuffla, który nie przyjmował do wiadomości, że jacyś gówniarze, będą mu tutaj decydować, dyktować itd. Po drugie istniała dosyć duża grupa tych politycznie słusznych, a mających skądinąd przekonanie, że studia powinny być przyzwoite i Uniwersytet przyzwoity. Ja tutaj myślę o Małowistach, o Witoldzie Kuli, nawet o Rafale Gerberze, chociaż w sercu nie nosiłam go nigdy. Natomiast oni z jednej strony dawali pewne alibi, a z drugiej strony naprawdę traktowali studia na poważnie i pokazywali cały warsztat. Poza tym to jest coś, czego ja nie potrafię sobie tego właściwie wyjaśnić, dlaczego ludzie, którzy byli pozornie w tej samej sytuacji, to albo wsiąkali w więzieniu na kilka lat albo nie. Mam wrażenie, że to było może coś takiego rodzaju. Niemcy mieli takie określenie, że musi być „Parade bauer", kogoś do pokazania i oni wobec tego wyselekcjonowali sobie takich do pokazania, że my przedwojenną profesurę tępimy, a proszę bardzo jest tutaj właśnie profesor Kutrzeba, który już nie żył. Bo na przykład, dlaczego nie uczepili się Gieysztora?
Za jego konspiracyjną i powstańczą działalność?
   
Za BIP.
Traktowano w zależności od sytuacji.
   
Dlaczego nie uczepili się Kiersnowskiego? Tutaj jeszcze dochodziło pochodzenie klasowe, jako że prawda dwór na kresach.
A Pani z tytułu podziemnego harcerstwa jakieś miała Pani problemy na tym Wydziale?
    
Nie. Nawet z tego faktu, że ja się do ZMP nie zapisałam. Potem jeszcze był ten rocznik młodszy, gdzie był Ryszard Kapuściński i jego żona. Oni chyba w 1951 roku przyszli na studia i oni tam też mieli ambicje do wpływania.
A czy Pani odczuwała tam ideologię w czasie tych swoich studiów?
    
Oczywiście, myśmy byli rozsądni ludzie. Poza tym wtedy jeszcze w tych latach 50-tych nie bardzo organizowano studia zaoczne, choć studiowało trochę osób zupełnie dorosłych, którzy przychodzili na normalne studia. Moim studentem był na przykład Tadeusz Kur „Kur wie lepiej", tenże z 68'. Moim studentem był Szymanowski, też znana postać, ponadto pewien przedwojenny dziennikarz, który robił studia, ale nie pamiętam nazwiska.
W jakich okolicznościach Pani poznała przyszłego męża Janusza Tazbira?
    
Na studiach.
Byliście na jednym roku?
    
On był rok wyżej.
Poznaliście się na potańcówce, czy w bibliotece?
    
Nie. Trochę na zajęciach. Poza tym nasze roczniki, te sprzed reformy, trochę trzymały się razem, dlatego, że tam byli ludzie znacznie starsi. Na seminarium manteufflowskim ze mną była większość, która zaczynała studia przed wojną w rodzaju Dowiata, Trawkowskiego, nie mówiąc o Pani Szacherskiej. To towarzystwo było zróżnicowane. Z punktu widzenia wieku,  było roczników przynajmniej 15. Seminaria były wspólne i bardzo liczne. Wtedy rozdzielało się je na starsze i młodsze, ale tak to myśmy byli razem. Od początku studiów mój mąż przyjaźnił się z Samsonowiczem, a ja Samsonowicza znałam sprzed wojny.
A w jakich okolicznościach się poznaliście?
    
To było w czasach, kiedy bawiliśmy się na piasku i on mnie wpychał w błoto. Miało to miejsce na wakacjach w Rybienku nad Bugiem, gdzie myśmy wynajmowali mieszkania w dwóch sąsiednich domkach. Znajomość była stąd, że u Samsonowiczów starych mieszkali zaraz po I wojnie jacyś kuzyni, którzy równocześnie studiowali z moimi rodzicami i wydawali wspólnie jakieś czasopismo młodzieżowe. Wobec czego oni się znali i ponieważ oni bywali u siebie nawzajem, więc Pani Samsonowiczowa też moich rodziców poznała jako bywających w domu. Stąd myśmy się z Henrykiem też znali i potem na studiach. Henryk był dużo młodszy od swojego rodzeństwa, bo jego siostra była równo 10 lat od niego starsza, rocznik 20-ty, a Henryk 30-ty, a Andrzej był 1922 rok. Oni byli dorośli, a Henio był ten mały. Myśmy z Henrykiem byli dokładnie równolatkami.
Potem dalsze studia?
    
Ponieważ nie byłam w tym ZMP, nie miałam specjalnie dobrej opinii. Mimo to wzięli mnie na asystenturę.
A jak przyszła „Solidarność""
    
To mnie już dawno na Uniwersytecie nie było. Po doktoracie jeszcze się trochę pokręciłam na uczelni.
Który to był rok jak Pani doktorat zrobiła?
    
W 1958 roku. Po doktoracie stwierdziłam, że tutaj nic po mnie. Potem sobie poszłam i od 1963 roku uczyłam w szkole i już z Uniwersytetem nic nie miałam wspólnego. Przez 12 lat uprawiałam dydaktykę uniwersytecką i prowadziłam zajęcia.

 Wstecz...


 
Materiały dodatkowe
         
 
search szukaj
 
   

Copyright © Muzeum Warszawy :: 2007

   
  Projekt jest realizowany przez Muzeum Warszawy we współpracy z Archiwum Państwowym m. st. Warszawy oraz niemiecką fundację Stiftung Niedersachsische Gedenkstatten