Informacje o projekcie  |  Informacje o uczestnikach projektu  |  Aktualności  |  Sponsorzy  |  Kontakt  | 
         

search szukaj
 

Relacja Jerzego Pawlaka


foto

     Dopędzono nas do terenów Wyścigów Konnych. Tu sprzętu sportowego było zatrzęsienie, zauważyłem sporo kajaków. Nie zważając na siostry odłączyłem się od grupy. Byłem zmęczony i spać mi się bardzo chciało. Toteż schowałem się do kajaku, zakrywając się brezentem. Nie wiem, kiedy zasnąłem. Rano kiedy się obudziłem, zauważyłem, że wszystko wokoło pokryte jest szronem, aż mi się zrobiło zimno i dostałem gęsiej skórki. Bosy, w krótkich spodenkach i podartej koszuli. Niesamowicie głodny bacznie rozglądałem się, co by tu znaleźć do jedzenia. Z daleka zauważyłem kuchnię polową, nad nią unosiła się para. Wokół niej zgromadzili się zgłodniali wygnańcy. Każdy miał w ręku jakieś naczynie i wyciągał naczynie do kotła przed rozlewającego zupę. Znalazłem gdzieś na ziemi walający się karton i zadowolony dopchałem się do kotła. Rozlewającemu było obojętne, w co nalewa tą zbawczą zupę. Gorąca była to prawda, ale zanim ją zdążyłem wypić połowa jej spłynęła na trawę.
     Ogłoszono komunikat: "Ranni, starcy i dzieci na rękach będą przewożeni samochodami". Gdzie, dokąd nikt tego nie wiedział? Bardzo doskwierała wszystkim ta niewiadoma. Ponieważ nie zaliczałem się do tamtej grupy uprzywilejowanej, poszedłem wraz ze wszystkimi, wychodząc z terenu wyścigowego za mury.
     Pędzono nas do Włoch, co pewien czas był postój na odpoczynek. Wtedy podbiegli nieliczni mieszkańcy z okolicznych domów i dawali losowo jakieś pożywienie. Do mnie podbiegł jakiś chłopak i wręczył mi bochenek chleba. Natychmiast bez żadnej ceremonii dorwałem się do okupacyjnej gliny, bo to był chleb kartkowy. Nie zauważyłem jak pół bochenka tego chleba zniknęło.
     Wtedy podszedł do mnie chłopak w moim wieku, no może troszkę starszy. "Co chcesz za ten chleb?". Spojrzałem łakomie na niego, że miał długie spodnie. "No cóż", powiedziałem, "ty mi dasz te spodnie, a ja dam ci chleb i dodam swoje spodnie". Chłopak, patrząc na chleb, przełknął ślinę i bez słowa zdjął spodnie, pozostając w slipach. Podając mi spodnie, wyrwał chleb z mojej ręki i od razu zaczął jeść. Ja zdjąłem swoje spodenki, podałem jemu i założyłem szybko spodnie jego. Nie mogłem dopuścić, ażeby się nie rozmyślił, ale nic takiego nie nastąpiło. Wręcz przeciwnie, chłopak po założeniu moich spodenek, podał mi rękę, uścisnął i zadowolony odszedł, ginąc w tłumie.
     Doprowadzono nas na peron we Włochach. Gdzieś po 2 godzinach podstawiono pociąg towarowy i załadowano nas do niego. Pociąg ruszył bez pośpiechu, wioząc nas w nieznane. Po niedługim czasie, kiedy się zatrzymał, było już ciemno. Zaprowadzono nas do olbrzymich hal fabrycznych, w których gdzieniegdzie stały wysokie drewniane regały. Bez namysłu wgramoliłem się na najwyższą półkę. Zadowolony z doskonałego miejsca, zasnąłem od razu.
     Obudziłem się chyba o 7-mej rano z pragnienia. Wyszedłem na zewnątrz, ażeby poszukać gdzieś wody. Znalazłem pompę przeciwpożarową i dorwałem się do tej wody, jakbym nie pił od stu lat. Jakże ja ją piłem łapczywie.
     Kiedy się już wyprostowałem, wycierając buzię ręką, jakaś pani przyglądała mi się z zaciekawieniem. Była w wieku powiedzmy jakieś 35 lat, szczupła i dość zgrabna.
     "Chłopcze, czy ty jesteś tu sam?";"Tak". "A ile ty masz lat?";"9". "E, to niemożliwe, taki wyrośnięty"; "Jak Boga kocham, że mam 9 lat", odpowiedziałem nieco głośniej. "No dobrze chłopcze mniejsza o to. Na pewno jesteś głodny? Chodź ze mną, zaopiekuję się tobą i przede wszystkim cię nakarmię, ale musisz mi mówić mamo". Pomyślałem sobie, cóż to mi szkodzi, nie będę głodny, ani spragniony. "Dobrze mamo", odpowiedziałem grzecznie. Twarz mamy rozpromieniła się anielsko. Położyła mi swą dłoń na ramieniu, pocałowała w policzek i zaprowadziła do innej hali.
     Hala, do której wprowadziła mnie "mama", była równie zatłoczona jak ta, w której spędziłem noc. Teraz w świetle dnia zobaczyłem zatłoczony dworzec kolejowy. Ludzie rozłożyli się pokotem, gdzie, komu było wygodniej. Jedni bezpośrednio na betonie, inni bardziej zapobiegliwi na rozłożonych kocach. "Mama" trzymając mnie za rękę, prowadziła przez pół hali do swojego miejsca. Zważając, aby nie nadepnąć na kogoś leżącego.
     Wreszcie dotarliśmy do zaklętego czworokąta dwa na dwa. "Mama" rozpromieniona, gestykulując rękami, opowiada sąsiadom, że cudem odnalazła synka. Oczywiście wszyscy się bardzo cieszą. "Mama" sadza mnie na kocach rozpostartych, z walizki robi stolik, nakrywając serwetkom. Układa szybko biały chleb z masłem na talerzyku, stawia kubek i nalewa mleko z puszki. Głaszcząc mnie po głowie zachęca do jedzenia. "Jedz skarbie, bo na pewno zgłodniałeś". Nie wierzyłem własnym oczom, że coś takiego mnie spotkało. Ja cały czas siedziałem w enklawie "Mamy". Ona zaś znikała na trochę, aby za chwilę zjawić się z jakąś zdobyczą. To czekoladę, to ser biały, miód i chleb także wiadomości z terenu. Okazuje się, że jesteśmy w obozie przejściowym w Pruszkowskich Zakładach Kolejowych. Tu nastąpi selekcja. Małe dzieci z matkami i starsi ludzie zostaną wywiezieni po wsiach i przydzieleni do poszczególnych rolników. Reszta wywieziona będzie na roboty do Faterlandu [Vaterlandu]. "Mama" była bardzo zaradna i zapobiegliwa, a także mówiła świetnie po niemiecku. Napominała tylko dyskretnie: "tylko nic nie mów, ja będę mówić za ciebie. Nie bój się, ze mną nie zginiesz. Niczego ci u mnie nie zabraknie, już ja się o to postaram".
     Następnego dnia "Mama" zawinęła mi głowę bandażem, plamiąc czerwonym tuszem, a że byłem nieco zmizerowanym, kamuflaż ten wyszedł znakomicie. Ponieważ nie miałem butów ani marynarki, "Mama" już się o to postarała. "Ja już mam to wszystko dla ciebie, ale bądź cierpliwy. Dam ci to wszystko po tej selekcji w pociągu, ale póki co możesz się krzywić i kuleć". Wspaniały kamuflaż wyszedł wspaniale i nie tylko sąsiedzi dali się nabrać, ale i szkopy też.
     Następnego dnia odbyła się selekcja.
    Rankiem do hali weszli szkopy z gotową bronią do strzału. "Alle raus!". Wszystkich przebywających w hali wypędzili na zewnątrz. Tu ludzie zaczęli się ustawiać w karną kolejkę do ustawionego stołu, za którym siedzieli wyżsi oficerowie niemieccy. Po bokach stali w rozkroku szeregowi z automatami w dłoniach gotowych do strzału. Dalej od stołu były dwie drogi utworzone ze szkopów. Drogi się rozwidlały w różnych kierunkach. Znaczyli je szkopy ustawieni w pewnych odstępach z bronią i psami.
     Ludzie nie bardzo się kwapili z podchodzeniem do stołu. Pewnie dlatego, że nie wiedzieli, co będzie z nimi dalej. Toteż tuż przed stołem było kilku szkopów, popędzających i popychających kolbami. Ja w jednym ręku trzymałem jakiś tobołek. "Mama" trzymając mnie za rękę, w drugiej niosła walizę. Kiedy przyszła kolej na nas ruszyliśmy pomału i bez pośpiechu, nie zważając na ponaglanie przybocznych poganiaczy. Zresztą nas nikt nie poganiał. Jeden z żołnierzy nawet wziął od "Mamy" walizę i postawił przed stołem. "Mama" "szprechała" do nich jak Niemka. Ja się w ogóle nie odzywałem. Dostaliśmy jakiś świstek od szkopów i skierowano nas do hali nr 1.

 Wstecz...


 
Materiały dodatkowe
         
 
search szukaj
 
   

Copyright © Muzeum Warszawy :: 2007

   
  Projekt jest realizowany przez Muzeum Warszawy we współpracy z Archiwum Państwowym m. st. Warszawy oraz niemiecką fundację Stiftung Niedersachsische Gedenkstatten