Informacje o projekcie  |  Informacje o uczestnikach projektu  |  Aktualności  |  Sponsorzy  |  Kontakt  | 
         

search szukaj
 

Relacja Jerzego Pawlaka


foto

     Po dwóch dniach załadowano nas do towarowych wagonów odkrytych. Jechaliśmy chyba całe wieki, zatrzymując się przeważnie za miastami i to na krótko. Nie mogliśmy nawet wysiąść na moment dla rozprostowania kości. Nagle pociąg się zatrzymał, była noc. Słyszeliśmy głębokie dudnienie dalekich wybuchów. Ktoś zawołał: "poznaję to Sandomierz!". My ściśnięci w wagonie przeładowanym bez ruchu i odrętwiali. 
     Wreszcie pociąg ruszył do tyłu, wioząc nas w nieznane. Jechaliśmy i jechaliśmy, już straciłem rachubę. Nawet nie wiedziałem, jaki jest dzień i jak długo jedziemy? Wreszcie pociąg się zatrzymał w głębokiej nocy. "Wolbrom, wysiadać!", ktoś zawołał. "Pukajcie do każdych drzwi, niech was przenocują. Jutro musicie się zgłosić na rynku w gminie". "Mama" doprowadziła mnie do najbliższego domku tuż przy stacji. Gospodarze nas chętnie przyjęli, kiedy dowiedzieli się, że jesteśmy z Warszawy. Gospodarz przyniósł snop słomy i rozłożył go na podłodze w kuchni. Ja widząc to, powiedziałem tylko: "słoma!" i padłem na nią jak ścięty. Obudziłem się po dwóch dniach, ale byłem zmęczony. "Mama" w międzyczasie załatwiała formalności w gminie i załatwiła wyjazd jak najbliżej Wolbromia 2 km od miasta wieś Poręba Górna. Następnego dnia z rynku zabrały nas furmanki podwodowe i zawiozły do wsi przed szkołę. Zebrano nas w świetlicy i staliśmy się obiektem jak na targu niewolników. Wąsaci gospodarze w nie dopiętych bluzach z rękami w kieszeniach. Z drwiącym uśmieszkiem przyglądają się pogorzelcom z Warszawy. Zaczęli wybierać jak w ulęgałkach, komu, kto pasuje do pracy na roli. Mnie sobie wybrał gospodarz Jan Kałwa: 9 mórg, 2 krowy, 1 koń, 3 owce, stadko kur i kaczek, kilka królików; żona Maria, synowie Szczepan i Kazimierz 26 i 24 lata, córka Aniela 21 lat. Pasałem krowy i nosiłem codziennie 2 litry mleka do Wolbromia, dyrektorowi fabryki gumowej. "Mamę" wybrał inny gospodarz bez ziemi, był szewcem. Kilku rolników wytykało nam, że spaliliśmy Warszawę, a Bóg nas ukarał, bo się źle bawiliśmy i byliśmy wyniośli, źle traktowaliśmy chłopów itd. Ale ksiądz nota bene był kuzynem Kałwów z Warszawy i szybko uzmysłowił rolnikom, że Powstanie Warszawskie to nie rozrachunki osobiste, ale obrona całego narodu o wolność i niepodległość całego państwa, a więc i za was! Po tych wywodach księdza z ambony, gospodarze jakby się zawstydzili i szybko zmienili o nas zdanie. Zaczęli nawet nas darzyć szacunkiem i stali się bardziej wyrozumiali.
     "Mama" miała wyraźną żyłkę do handlu i rozwinęła swój talent bardzo szybko. Jeździła do Krakowa, Sosnowca, Bytomia zawożąc tam tytoń, ponieważ tu były duże plantacje tego towaru. Z powrotem zaś przywoziła gilzy, gdyż tu w co drugim domu był szewc. Jedno i drugie było nielegalne, ale "Mama" i z tym sobie doskonale radziła.
     Już byłem 14-nastolatkiem i coraz częściej zaczynałem się zastanawiać, co ja będę w życiu robił? Wioska położona była na terenie górzystym pod Krakowem. Kiedy była bezchmurna pogoda, widać było wyraźnie rysy Tatr. To był naprawdę wspaniały widok zapierający dech w piersiach. Ksiądz Kałwa namówił mnie, ażebym zaśpiewał w kościele, ponieważ w Strudze k/Warszawy w 1938 r. byłem wychowankiem u księży Michalitów. Tam właśnie śpiewałem w chórze i nawet solo. Kiedy mieszkańcy wioski usłyszeli moje śpiewanie w niedzielę na chórze, moja osoba bardzo wzrosła w ich oczach, ponieważ w wiosce był zwyczaj, że długie wieczory jesienno-zimowe mieszkańcy zbierali się w jakiejś chałupie. Kobiety w jednym rogu darły pierze i tkały wełnę. Mężczyźni w drugim opowiadali legendy, kawały opowiadali o strachach i duchach. Dziewczyny nie dawały mi spokoju, prosząc, ażebym śpiewał o Warszawie, piosenki miłosne, jak "Chryzantemy", "Tango Milonga", "Serce w Plecaku", "1-szy Sierpień", "Nie grają nam surmy bojowe", "Dnia 1 Września", "Siekiera Motyka" itd.
     Dni mijały, "Mama" była zajęta swoimi interesami i coraz rzadziej przebywała na wsi. Dziwne, że nawet nie pamiętam jej imienia ani nazwiska, a tyle dla mnie zrobiła dobrego. O ile sobie przypominam, to nawet nie występowała pod prawdziwym nazwiskiem. Jeszcze w Pruszkowie napominała mnie, ażebym nie zadawał pytań. "Teraz są takie czasy, że lepiej nic nie wiedzieć", mówiła. "Ja ciebie też nie wypytuję, więc trzymajmy się tego".
     Aż 24 grudnia 1944 r. w wigilię, kiedy poszedłem z opłatkiem do "Mamy", ażeby złożyć jej życzenia, powiedziała mi na osobności, że jest żydówką z getta warszawskiego, zaklinając mnie, ażebym zachował to w tajemnicy. "Wiesz na pewno, co Niemcy by z nami zrobili?", dodając smutnym tonem, "jeszcze musimy troszkę przeczekać, a zapewniam cię, że to już nie długo. Nie ufaj nikomu tu, nawet ci chłopi mogą nas wydać Niemcom. Ludzie są łakomi na nagrodę".
     Ponieważ rolnicy mieli tu plantacje tytoniu, musieli oddawać okupantowi z niego kontyngent. Zawozili furmankami do gminy w Szreniawie powiat Miechów. Zdarzało się dość często, że ów tytoń rekwirowali nocą partyzanci. Jak żeśmy się wtedy bardzo cieszyli. Okupant za każdy kontyngent płacił: wódką, marmoladą, mydłem, cukrem, chlebem i jakimś "erzacem" brunatnym serem topionym z kminkiem. To się nazywał "becukrzajn".

autor: Jerzy Pawlak

 Wstecz...


 
Materiały dodatkowe
         
 
search szukaj
 
   

Copyright © Muzeum Warszawy :: 2007

   
  Projekt jest realizowany przez Muzeum Warszawy we współpracy z Archiwum Państwowym m. st. Warszawy oraz niemiecką fundację Stiftung Niedersachsische Gedenkstatten