Informacje o projekcie  |  Informacje o uczestnikach projektu  |  Aktualności  |  Sponsorzy  |  Kontakt  | 
         

search szukaj
 

Relacja Jerzego Pawlaka


foto

     Wreszcie nadszedł 14 kwietnia 1946 r. Tym razem nic nikomu nie mówiąc, wymknąłem się po angielsku na dworzec w Wolbromiu. Schowałem się w breku, jest to taka budka nieco wyżej umieszczona na końcu wagonu. Podróż minęła mi dość łagodnie bez żadnych incydentów i tym razem pociąg dojechał do Warszawy Zachodniej. Teraz już bez żadnej zwłoki ruszyłem znaną mi trasą. Szedłem jak na skrzydłach torami kolejowymi wraz z resztą pasażerów w kierunku Śródmieścia. Po śniegu nie zostało nawet śladu, toteż szkielety domów przyozdobione oczodołami wypalonych okien były bardziej ostre i wyraźniejsze, dodając miastu większej grozy i tajemniczości. Doszedłem do znajomego skrzyżowania Alej Jerozolimskich i Marszałkowskiej. Tu poczułem się u siebie, widząc niesamowity ruch uliczny. W nieruchomym tramwaju bez szyb ktoś sprzedawał gorącą zupę. Kobieta na cegłach sprzedawała chleb. Nawet oferowano kwiaty, a w powietrzu unosił się powiew wiosny. Kapela uliczna grała "Jak Uśmiech Dziewczyny Kochanej". "Ludzie słuchajcie! Nasza Warszawa żyje!" Coś mnie mocno ukuło w piersi. Gdy szedłem ulicą Królewską koło Ogrodu Saskiego zza ogrodzenia wystawały młode gałązki wypuszczające nowe listki. Z ulic uprzątnięto gruz tak, że można było swobodnie iść. Bez zwłoki skierowałem się na ulicę Nowomiejską 1/3, bo tu mieszkała moja Mama z moim bratem Stachem. Na poddaszu róg Wąskiego Dunaju, ten narożny budynek okazał się kupą gruzu. Usiadłem zmęczony na tych gruzach, podparłszy strapioną głowę na ręku. Aż tu jakaś dziewczynka kładzie mi na ramieniu dłoń. "Panie Jureczku nareszcie! Pan Stasio tu często przychodzi i odnawia napis w bramie". Ta dziewczynka to córka dozorcy tego domu. "Ale ja tu nie widzę żadnej bramy", powiedziałem. "Niech Pan idzie za mną" i zaprowadziła mnie od Wąskiego Dunaju, wprowadzając do bramy. "O tutaj", wskazując palcem na ścianę dodała. "Pan Stasio był tu przedwczoraj i poprawiał ten adres". Nie miałem żadnego pisaka, więc dziewczynka przyszła mi z pomocą. Wetknęła mi do kieszeni kartkę z adresem i pocałowała. "To na Żoliborzu", dodała, "łatwo tam trafić". I kiedy wyszedłem na Nowomiejską, jechał akurat wozak na gumowych kołach załadowanym wozem gruzem. Zapytałem: "czy mógłbym się z nim zabrać?". "Ale dokąd?, Zagadnął. "Na Żoliborz", odpowiedziałem. "Wskakuj chłopcze, przy Cytadeli skręcam nad Wisłę. Tam zwalam towar i tak na okrągło, ale ty potuptasz ulicą Zajączka do torów tramwajowych. Skręcisz w prawo i te tory cię zaprowadzą do samego domu twojej Mamy!".
     Tak się też stało, że stanąłem na ul. Słowackiego 20. Żoliborz okazał się dzielnicą, jakby tu w ogóle nie było powstania. Całe budynki troszkę postrzelane i gdzie niegdzie zamiast szyb dykta albo tektura. Wdrapałem się na 4-te piętro, sprawdziłem, że jest mieszkanie 19. Zapukałem i po chwili otworzyła drzwi moja matka chrzestna Stefania Kajak. Bo w 1941 r., kiedy byłem w bursie przy ul. Czerniakowskiej róg Łazienkowskiej, Niemcy zrobili blokadę, sprawdzając dokumenty. Okazało się, że nie mam metryki chrztu. Więc Mama ze swoją koleżanką Stefą Kajak zawiozły mnie na rodzinną Wolę do kościoła św. Wojciecha i tam mnie drugi raz ochrzczono, bo proboszcz powiedział, że to nie szkodzi. Matka chrzestna tylko krzyknęła: "Stasiu masz Jurka!". Przywitanie było bardzo gorące. Mamy nie było, ponieważ była w pracy na pl. Narutowicza w PKS-ie. W marcu 1947 r. odnalazła się siostra wywieziona do Berlina Jasia.

     

 Wstecz...


 
Materiały dodatkowe
         
   
   

Copyright © Muzeum Warszawy :: 2007

   
  Projekt jest realizowany przez Muzeum Warszawy we współpracy z Archiwum Państwowym m. st. Warszawy oraz niemiecką fundację Stiftung Niedersachsische Gedenkstatten