Informacje o projekcie  |  Informacje o uczestnikach projektu  |  Aktualności  |  Sponsorzy  |  Kontakt  | 
         

search szukaj
 

Relacja Elżbiety Dankowskiej-Walas


foto

      Pamiętam moment wypędzenia po upadku Starówki- coś się działo, było jakieś zamieszanie - Niemcy, zaczęli nas z tego schronu wypędzać. Mężczyzn nie było, tylko same kobiety i dzieci. Pamiętam, że miałam sandałki i skarpetki - i jak zaczęli nas pędzić, to zgubiłam ten sandał i szłam w jednym sandale i w samej skarpetce. A moja mama wyszła stamtąd w futrze. Ja się nie mogłam nadziwić - to był przecież sierpień, było ciepło, lato - po co mama to futro założyła; widocznie chciała je uratować. Czarne łapki karakułowe, zresztą jeszcze długo po Powstaniu miała te łapki. I w pantofelkach wyszła, w szpileczkach z wężowej skórki - w takich pantofelkach i tych karakułach...
     Przechodziliśmy przez gruzy naszego domu - był wielki wał z tego gruzu. I jak szłam - to znaczy mama mnie ciągnęła za rękę, a tę małą, trzyletnią, chyba niosła - to Niemiec chciał mi podać rękę, żebym mogła zeskoczyć z tego wału (bo przez te gruzy trzeba było przejść, a później już do jezdni, do ulicy). Niemiec mi podawał rękę, pewnie chętnie z tego skorzystałam; nie wszyscy byli tacy strasznie niedobrzy...
     I pędzili nas ulicami, nie wiem,  jakimi, nie wiem gdzie; później się dowiedziałam, że do kościoła świętego Wojciecha na Woli. Byłyśmy strasznie spragnione, a po drodze leżała butelka z sokiem i moja babcia jeszcze się wyrwała - bo to przecież raus, raus, nie wolno było się ruszyć - i ją złapała. Chciała nam dać soku, ale jak otworzyła tą butelkę, to tam były same muchy.
      Jak już byliśmy na terenie kościoła świętego Wojciecha, Niemcy kontrolowali i konfiskowali biżuterię. A moja mama zaszyła biżuterię (bo miała trochę, tę biżuterię mam do dzisiejszego dnia, jako pamiątkę) mojej siostrze czy bratu w pompon od czapki. Niemcy sprawdzali wszystko, ale jakoś nie przyszło im do głowy, żeby do tego pomponu zajrzeć, i biżuteria się uratowała.
     W tym kościele to był jeden wielki jęk - tam było mnóstwo rannych, na noszach. Okropny jęk, przygnębiające wrażenie, ludzie po prostu umierali. Pamiętam, że chciało mi się siusiu i mama wzięła mnie za rękę i zaprowadziła za ołtarz - tam było mnóstwo fekaliów, bo ludzie nie mieli sumienia załatwiać się na środku...
     Nie można było wyjść. Pamiętam tych rannych, ktoś strasznie jęczał, jakiś pan, chyba bez nogi. Tam było po prostu potwornie. Ale byłam mała, nie bardzo się tym interesowałam, choć wzruszać, to się wzruszałam... Zresztą nie wiedziałam, co dalej, to wszystko była nowość, gdzieś jechaliśmy...
     Później stamtąd - nie wiem, w jakich okolicznościach, ale nie wyobrażam sobie, żeby nas pędzili - jechaliśmy do Pruszkowa. Byliśmy na pryczach, takich jakby ze słomy...

 Wstecz...


 
Materiały dodatkowe
         
   
   

Copyright © Muzeum Warszawy :: 2007

   
  Projekt jest realizowany przez Muzeum Warszawy we współpracy z Archiwum Państwowym m. st. Warszawy oraz niemiecką fundację Stiftung Niedersachsische Gedenkstatten