Informacje o projekcie  |  Informacje o uczestnikach projektu  |  Aktualności  |  Sponsorzy  |  Kontakt  | 
         

search szukaj
 

Relacja Leszka Łachety


     Doszliśmy do kościoła św. Wojciecha na ul. Wolskiej. Przez wąską bramkę z prawej strony weszliśmy na dziedziniec, Niemcy filmowali nas. Tuż za Niemcem z kamerą, odprowadzali mężczyzn pod zachodni mur kościoła od strony ul. Sokołowskiej, resztę osób wpędzali do kościoła. Kościół był przepełniony, same kobiety i dzieci, na zewnątrz było słychać strzały, to rozstrzeliwano naszych mężczyzn. Była rozpacz i straszliwe zmęczenie, ale nie było histerii, nawet małe dzieci nie płakały. Zostawiłem matkę pod filarem i poszedłem szukać znajomych. Pod chórem pełno ludzkich odchodów, sikałem przy chrzcielnicy i uświadomiłem sobie, że to była moja pierwsza parafia, że tu byłem chrzczony. Trudno, od rana nie mogłem tego zrobić bez ryzyka pobicia, postrzału lub śmierci. Znalazłem ciotkę i jeszcze jedną panią z dwoma dziewczynkami w moim wieku, wszystkie z Powiśla. Ciotka była w zimowym palcie, wykończona fizycznie i psychicznie, kurczowo ściskała w dłoni klucze od mieszkania na Solcu, które pewnie się dopalało. Przypomniał mi się gniew i biadolenie matki, gdy na początku sierpnia zalałem niedawno malowaną ścianę, otwierając nieumiejętnie zdobyczną butelkę porteru. Za dwa dni nie było plamy, zniknęła razem ze ścianą. Teraz matka była inna, ale ciotka była do końca we własnym mieszkaniu, pewnie nawet je sprzątała. Może po godzinie wyprowadzali nas z kościoła. Skręciliśmy w ul. Bema, po prawej nierealna drewniana chałupa z omszałą strzechą miała nawet szyby w oknach. Nieco klucząc, zbliżyliśmy się do Dworca Zachodniego, kilka osób prysnęło w ogródki i zauważyłem rozbite małe domki. Na peronach były podstawione elektryczne pociągi, do których wsiedliśmy i ruszyliśmy na zachód.
     Mijaliśmy Włochy i Ursus, widzieliśmy ślady walk, postrzelone i spalone małe domki, nie widać było ludzi. Staliśmy w Piastowie, ale drzwi nie zostały otwarte. Na peronie stali uzbrojeni Niemcy. Panie z RGO podały nam przez okna czarny chleb i pomidory, informowały, że jedziemy do obozu w Pruszkowie, skąd po selekcji dalej do innych obozów i na roboty. Podobno była w Pruszkowie misja Szwajcarskiego Czerwonego Krzyża, która miała nas chronić przed bestialstwem. Niedaleko bramy obozu pociąg zatrzymał się i wysiedliśmy na tory. Weszliśmy na ogrodzony teren z wieżami strażniczymi, przez długi wąski plac szliśmy do hali z numerem 5. Znów goła betonowa podłoga, bród, plamy z oliwy, fundamenty po zerwanych maszynach. Odpocząłem niedługo, nie pozwalały zjedzone pomidory. Po drodze po lewej stronie niedaleko bramy obozu widziałem ustępy i wodociąg, wyszedłem z hali i skierowałem się w tamtą stronę. Kończył się ten bardzo długi dzień, zaszło słońce i usłyszałem, że przyszedł transport mężczyzn. Pobiegłem do bramy i po chwili powtórnie odnalazłem żywego ojca. Noc spędziliśmy razem, było więcej mężczyzn, byli i ranni powstańcy z Powiśla w charakterystycznych drelichach z Elektrowni. Spałem jak zabity, ale obudziłem się wcześnie i musiałem wyjść, znów te pomidory. Przed halą leżała zastrzelona kobieta z pieskiem, dalej trup chłopca w takich spodniach jak moje. Poznałem go, szedł z nami wczoraj, był ranny w nogę, miał może 16 lat. Wróciłem wystraszony do hali, ojciec i matka jeszcze spali. Miałem prawie całą teczkę gazet powstańczych, większość sierpniowych numerów „Biuletynu Informacyjnego", sporo egzemplarzy „Robotnika", trochę innych tytułów. Zbierałem je celowo, zapewniając sobie zawsze zwrot przynajmniej jednego egzemplarza po „wyczytaniu". Nosiłem je zawsze ze sobą licząc, że ocaleją ze mną. Teraz poczułem, że musiałem się ich pozbyć, że były niebezpieczne nie tylko dla mnie. Gdy na zewnątrz hali zaczynał się ruch, wyszedłem ponownie i z żalem utopiłem gazety w latrynie. Przy okazji jakiś szwab, przeprowadzający dezynfekcję, oblał mnie karbolem.
     Mieli nas wywozić, kazali się zgłaszać rannym i chorym do lekarza. Ojciec poszedł ze swoją przepukliną i dostał kopniaka, im zależało na rannych, żeby wyłuskać powstańców. Koło dziewiątej rozpoczęła się selekcja i ładowanie nas do krytych wagonów towarowych. Ja z matką znalazłem się w jednej grupie, ciotka z jakimś pożyczonym dzieckiem w drugiej, a ojciec w trzeciej. Jak się później okazało, ciotkę puścili wolno po wywiezieniu w rejon Opoczona, ojciec trafił do Dachau i tam zginął. W wagonie było bardzo ciasno i duszno, nie było miejsca, aby usiąść, drzwi wagonu zamknięte. Staliśmy dość długo na bocznicy i wreszcie ruszyliśmy na zachód, przez małe zakratowane okienko wpadło trochę powietrza. Pociąg pojechał wolno i często przystawał. Okazało się, że razem z nami w wagonie było kilku mężczyzn, nawet niestarych. Oni organizowali obserwację i informowali, że co drugi czy trzeci wagon miał budkę, w której jechał uzbrojony Niemiec. Podobno w okolicach Łowicza minęliśmy granicę Generalnego Gubernatorstwa. Na kolejnym postoju, gdy ludzie mdleli z głodu, zaduchu i gorąca, Niemcy otworzyli drzwi wagonów i transport zaraz ruszał. Nareszcie świeże powietrze, widać było niebo, słońce, pola i w oddali las. Było już późne popołudnie. Mijaliśmy grupę chłopców pasących bydło, biegli w naszą stronę i starali się rzucić owoce w otwarte drzwi. Na kolejnym postoju zeskoczyła z naszego wagonu kobieta i próbowała załatwić się na torowisku. Ledwo przysiadła, jak padł strzał, zakurzyło się z pół metra od niej i już była z powrotem. Nie wiadomo, czy był to strzał ostrzegawczy, czy Niemiec nie trafił. Fakt, że pocisk padł bardzo blisko, a potrzebę delikwentka załatwiła do zdjętego z nogi pantofla. Po tym incydencie, Niemcy znów zamknęli drzwi, dzień się skończył, w wagonie panował mrok. Zrobiło się chłodniej, ale zaczęły niesamowicie dokuczać nam jakieś insekty. Własnych dotąd nie miałem, mimo braku wody, mydła i zmiany bielizny. Nie pamiętam, co to było, pchły, wszy czy pluskwy, ale musiały znajdować się chyba w wagonie, bo wszyscy się drapali. Jechaliśmy w transporcie kilkanaście godzin, byliśmy bardzo wyczerpani; myśleliśmy, że odjechaliśmy od Warszawy kilkaset kilometrów. Na kolejnym postoju bieganina i nawoływania Niemców, po czym ruszyliśmy z powrotem. Podobno gdzieś przed nami był nalot. Pociąg jechał szybko. Po kilku godzinach stanęliśmy i wysiedliśmy.

 Wstecz...


 
Materiały dodatkowe
         
 
search szukaj
 
   

Copyright © Muzeum Warszawy :: 2007

   
  Projekt jest realizowany przez Muzeum Warszawy we współpracy z Archiwum Państwowym m. st. Warszawy oraz niemiecką fundację Stiftung Niedersachsische Gedenkstatten